Blog Kochane Dzieci

Znaki na niebie i ziemi, że Tato jest

motyle

Kiedyś podzieliłam się z Wami doświadczeniami i refleksją na temat trudnego momentu, jakim było odejście (a raczej przejście) Taty – ten wpis możecie przeczytać tutaj. Obiecałam Wam wtedy, że wrócę jeszcze do tego tematu, aby powiedzieć nieco więcej o znakach, jakie otrzymaliśmy po śmierci Taty. Znakach, które dla mnie są niezbitym dowodem na to, że Tato dalej jest, tylko już nie w formie fizycznej. Tak więc dzisiaj będzie o motylach, świetle i burzy oraz o zegarze.

 

Życie po życiu

 

Po śmierci Taty nastała cisza. Z jego ciała uleciały resztki dotąd tlącego się życia. W moim sercu zaś, jak i chyba w sercach wielu z domowników, pojawił się spokój. Szok i dalej niedowierzanie, że to ‘już’ i jednocześnie poczucie, że teraz to co było dotąd schowane w ciele, ta cała skumulowana energia niewidoczna gołym okiem, ale odczuwalna sercem, popłynęła gdzieś dalej. Pojawiło się dziwne uczucie, że Tato dalej jest, że dalej otula nas swoją miłością, że woła ‘kocham cię’, że mówi ‘będzie dobrze, jestem z Wami’, że koi ból po stracie, tylko robi to ‘na odległość’. Trzeba być wtedy naprawdę wyciszonym i nastawionym na odczuwanie, aby to poczuć.

Zawsze wierzyłam w to, że jest jakieś życie po życiu. Może nie do końca potrafię je określić i nazwać, bo to coś bardzo ulotnego, ale wierzę i będę bronić jak lwica stanowiska, że takie życie istnieje. To sfera ducha – nie zmaterializowana, dostępna dla tych o otwartym sercu, a nie tylko o otwartym umyśle. Na pewno w dojściu do tej prawdy pomogła mi moja wiara, ale są jeszcze rzeczy, które pogłębiły tę wiarę. Jedną z takich rzeczy stały się dwie książki, które dały mi nie tylko wiarę, ale i wiedzę na temat życia po drugiej stronie lustra. To książki znanego wykładowcy Harvardu, neurochirurga Ebena Alexandra. Pierwsza książka zatytułowana ‘Dowód’ opowiada o tym, czego doświadczył autor, gdy przez tydzień pozostawał w głębokiej śpiączce, z minimalnymi szansami na wyleczenie. To właśnie wtedy dotknął najważniejszej tajemnicy i zajrzał do urzekającego świata nieba. Przez lata pozostawał sceptyczny wobec zagadnień wiary, ale to doświadczenie kazało mu przewartościować dotychczasowe poglądy. Druga książka zatytułowana ‘Mapa nieba’ to historie innych ludzi, którzy postanowili opowiedzieć Ebenowi Alexandrowi swoje własne doświadczenia w tym temacie. Książki godne polecenia, fachowe i spisane ręką człowieka nauki specjalizującego się w badaniu mózgu, potrafiącego tym samym zachować dystans wobec swoich doświadczeń.

 

 

Znaki od Taty

 

 

Motyle

 

Gdy Tato odszedł, a my zaczęliśmy przygotowania do jego pogrzebu, pojawił się pierwszy ‘fizyczny’ znak obecności Taty. Ten znak pojawił się potem jeszcze kilkukrotnie. Tytułem wstępu – we wspomnianej książce ‚Dowód’ przeczytałam historię opowiedzianą przez rodzinę pewnego zmarłego o tym, że owy zmarły pojawiał się po swojej śmierci w postaci motyli, bo zawsze kochał motyle. Dla rodziny stało się jasne, że ta chmara motyli to nie może być przypadek. Równocześnie autor książki opowiadał, że wędrując po tym drugim świecie, latał na skrzydle motyla z pewną piękną kobietą, którą po wielu miesiącach rozpoznał na zdjęciu – była to jakaś bliska mu osoba z rodziny, której nigdy nie poznał, a którą rozpoznał na jednej z fotografii, z którą się zetknął już po wyzdrowieniu.

W czasie przygotowań do pogrzebu postanowiłam napisać kilka słów, będących wyrazem tego, co czuję, co czujemy. Później te słowa odczytałam na głos w gronie najbliższych osób. Padły tam słowa mniej więcej tego typu ‘Tato, teraz jesteś jak motyl, który porzucił dawny pancerz i ograniczenia i teraz może w pełni ukazać swoje piękno’. Następnego dnia, w dniu pogrzebu Taty, Mama wróciła do domu zalana łzami. Okazało się, że załatwiała jakąś sprawę u koleżanki. Wzięła auto i zaparkowała je przed domem koleżanki. Po powrocie do auta okazało się, że wleciał do niego piękny motyl! Była w szoku, pamiętając jeszcze słowa, które czytaliśmy dzień wcześniej. Koleżanka zaproponowała, że wyrzuci motyla z jej auta, ale ona spontanicznie krzyknęła, żeby tego nie robiła, bo to mąż daje jej znak! Że jest i że z nim wszystko dobrze.

Potem, w dzień pogrzebu, widzieliśmy jeszcze dwa motyle. Jeden przeleciał tuż przed naszymi oczami gdy wyszliśmy przed kościół i zaczęliśmy przemarsz na cmentarz. Zrobił to tak gwałtownie, że nie mógł pozostać niezauważony. Drugi motyl przeleciał wyżej nad naszymi głowami, gdy byliśmy już blisko cmentarza. Była już połowa września.

Motyl jak motyl, ktoś powie, że to przypadek. I może by tak było, gdyby nie fakt, że w okolicy października i listopada wleciały do mojego mieszkania jeszcze dwa piękne motyle (jednego mam uwiecznionego na zdjęciu – był przepiękny!). Naprawdę nie co dzień zdarza mi się, aby w środku wielkiego miasta, jesienią, powitać w swoim domu motyle (poza tymi dwoma przypadkami nigdy wcześniej ani później do mnie nie przyfrunęły)! W ogóle poza sezonem wakacyjnym rzadko widuję motyle będąc na mieście, a co dopiero w domu. Dla mnie to zdarzenie jest trudne do wytłumaczenia nawet pomimo tego, że mieszkamy w bloku na parterze. Te motyle po prostu nie wiadomo skąd i kiedy pojawiły się w salonie, do którego przylega duże okno. I w ogóle nie zamierzały szybko wychodzić – czuły się bardzo swobodnie i niczego ani nikogo się nie bały – po prostu czuły się jak w domu:) To był dla mnie piękny symbol i znak, który pozostanie w moim sercu na bardzo długo.

 

 

Światło i wielka burza

 

Jeszcze w dniu śmierci Taty otrzymałam pierwszy znak. Gdy wróciłam do domu tej pamiętnej niedzieli, musiałam się położyć w łóżku z moją córeczką, aby ją nakarmić. W pokoju było ciemno. Okna tego pokoju wychodzą na podwórko. Wieczorem pozostaje ono już ciemne i nieoświetlone. Nagle, gdy karmiłam córkę, zobaczyłam błyskające na zewnątrz światło. Było to tak intensywne światło, że nie mogłam mieć wątpliwości co do tego, że się pojawiło. Trudno mi je opisać. To tak jakby na podwórku ktoś postawił na trawie dużą i mocno świecącą lampę i kilkukrotnie ją włączył i wyłączył. Porównałabym to do jakiejś kuli ognia. Nie co dzień mi się zdarza zobaczyć taki efekt za oknami mojego pokoju. Nikt też w tym czasie nie przyjechał do nas, więc trudno mi znaleźć przyczynę pojawienia się takiego nagłego źródła światła. Mimo strachu miałam ochotę podejść bliżej okna, ale akurat karmiłam dziecko i nie mogłam się ruszyć! To było dla mnie jak znak, jak gdyby Tato mówił ‘nie martwcie się, dotarłem bezpiecznie na miejsce’.

Ta sytuacja powtórzyła się jeszcze niemal każdego dnia, jakie upłynęły od śmierci Taty do dnia pogrzebu. Zawsze działo się podobnie – światło pojawiało się zawsze wieczorem, gdy byłam w pokoju i leżałam już w łóżku. Przyznam szczerze, że trochę się tego bałam, bo naprawdę jestem bojącą duszyczką z dużą wyobraźnią i wiele mi nie trzeba do tego, aby dopowiedzieć sobie całą historię. Ale czułam, że to od Taty. Tato najwidoczniej wiedział, że zrozumiem ten sygnał od niego…

W dniu pogrzebu stała się rzecz jeszcze bardziej niezwykła. Tego dnia była piękna pogoda – było słonecznie i ciepło. Ale wieczorem rozszalała się straszna burza, jakiej nie widziałam od lat. Ktoś powie, że może coś wyolbrzymiam, ale naprawdę opisuję to tak, jak było. Po niebie szybowały co chwila błyskawice, a gdy pojawiał się piorun, to rozświetlał całe niebo. Pamiętam do dzisiaj jeden z nich, który po prostu spowodował, że niebo na kilka sekund stało się bardzo jasne, jak gdyby był to dzień. Nie muszę dodawać, że nie każdego dnia w moich rodzinnych stronach dochodzi do takich wyładowań atmosferycznych.

 

 

Zegar

 

I jeszcze krótko opowiem Wam o jednej historii. W kuchni u moich rodziców wisi zegar ścienny. Od jakiegoś czasu zaczął się psuć, tzn. co jakiś czas się zatrzymuje (może to baterie, tak czy inaczej raz chodzi a raz nie). Był taki moment, że nie było w domu żadnego z domowników przez kilka dni, a po tym czasie przyjechaliśmy wszyscy razem, tzn. mama oraz ja ze swoją rodziną. Gdy weszłam do kuchni i na spokojnie usiadłam, spojrzałam na zegar. Wskazywał godzinę 20:40 – godzinę śmierci Taty – na tej właśnie godzinie zegar się zatrzymał. Aż znieruchomiałam, podobnie jak Mama. Potem zegar znowu zaczął chodzić.

Po jakimś czasie znowu sytuacja się powtórzyła – tym razem jednak do domu wróciła tylko Mama. Zadzwoniła do mnie następnego dnia i powiedziała, żebym zgadła, jaką godzinę wskazywał zegar gdy wróciła późno w nocy do swojego domu? Tak, nie mylicie się – zegar wskazywał 20:40. Przypadek? Możecie sądzić, co chcecie, ja wiem swoje. Po prostu Mąż, Tata, powiedział do nas ‘dzień dobry, cieszę się, że jesteście’.

 

 

Prezent na Dzień Kobiet

 

To chyba wszystko, co chciałabym Wam powiedzieć o szczególnych znakach, które pojawiły się w naszym życiu po śmierci Taty. No, może prawie… Tato uwielbiał zespół Czerwone Gitary. Ostatnio, gdy przez kolejne trzy dni jechałam samochodem po dzieci do przedszkola, usłyszałam w radio 3 różne piosenki tego zespołu. Jedna z nich zabrzmiała 8 marca. Wiem, że to był prezent dla mnie na Dzień Kobiet. Dziękuję Ci Tato, że pamiętałeś, chociaż nigdy nie uznawałeś tego typu Świąt, bo powtarzałeś, że kochasz nas bez względu na to, jaki dzień czy święto mamy. I nie było by w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że czytałam kilka miesięcy temu wywiad z pewną artystką. Opowiedziała ona w nim o tym, że przed śmiercią swojej kochanej Babci obiecały sobie, że Babcia da jej znak. Tym znakiem stała się dla niej piosenka w radiu. Też wiedziałeś Tato, że zrozumiem.

Aha, zarówno ten wpis jak i poprzedni o Tacie zaczął powstawać wcześnie rano, jeszcze przed godziną 6. W obu przypadkach po prostu wstałam sama z siebie tak wcześnie, chociaż nie zdarzają mi się aż tak wczesne pobudki. Wstałam i poczułam, że muszę to napisać.

 

Chcę zostać dobrze zrozumiana. To nie jest tak, że teraz dopasowuję sobie wszystko na siłę w jakąś całość. To nie jest tak, że wierzę, że Tato nie robi nic innego, tylko mnie obserwuje i zsyła znaki:) To tak nie działa. To dzieje się na poziomie serca i intuicji. Jako wyjaśnienie chcę Was po prostu pozostawić z jednym ważnym zdaniem, z którym się kiedyś zetknęłam. Brzmi ono ‘rzeczy nie dzieją się w sprzeczności z naturą, tylko w sprzeczności z tym, co nam o naturze wiadomo’. A dalej chyba wiemy bardzo niewiele.

 

Mam nadzieję, że jeśli ktoś przeżył lub przeżywa podobne trudne doświadczenie, to może dzięki temu wpisowi nabierze więcej nadziei. Nadziei na to, że gdy ktoś ważny znika z Twojego życia, to nie oznacza to wcale, że go już z Tobą nie ma. Może właśnie jest dokładnie odwrotnie, może jest bliżej niż kiedykolwiek, w Twoim sercu… Warto tam czasami zaglądać. I zadziwić się, jak niezwykły jest ten świat.

 

 

PS Bardzo za Tobą tęsknię Tato… Ale wiem, że jesteś. Staram się kierować mottem, które widnieje na Twoim grobie ‘nie szukajcie mnie tu, lecz w sercach Waszych’.

11 Komentarzy

  1. Przepiękne. Nic dodać nic ująć. I bardzo optymistyczne :-)

  2. Przyznam,ze troche czekalam na ten wpis bo bylam bardzo ciekawa znakow…Jesli kogos bardzo kochamy i z wzajemnoscia to ta osoba zawsze z nami bedzie bez wzgledu na wszystko :)

    • :) Tak, Ci których kochamy pozostają z nami na zawsze, choćby nie wiem co się stało… Jestem też wielką zwolenniczką teorii, że cały świat to jedność, połączona ze sobą – przenikamy się zatem wzajemnie – wszystkie żywe istoty i ci, których już z nami nie ma ciałem, ale są obecni duchem, dla którego pojęcie śmierci nie istnieje. Gdy jesteśmy otwarci na życie, które po prostu przez nas płynie, to możemy czerpać z tych wzajemnych połączeń wielką siłę. A siłą, która spaja, buduje, jest właśnie miłość – do siebie, ludzi i świata:) Tak, tego się trzymajmy:) Pozdrawiam słonecznie!

      • Ilekroc doswiadczam na skorze jacy potrafia byc ludzie to jakos ta milosc uchodzi ze mnie,ale z drugiej strony sobie mysle tak bylo jest i bedzie i sie nie zmieni, dlatego trzeba wierzyc w rodzine najblizszych i w ludzi po czesci tez bo nie zawsze na naszej drodze spotykamy tych zlych ;)moze troche nie w temacie,ale jak przeczytalam o milosci do ludzi to wlasnie taka mysl mnie naszla.Pozdrawiam

        • Monia, dzięki za komentarz i za podzielenie się tym, co Ci leży na serduchu – to są zawsze ważne sprawy i zawsze na temat:) Wiesz, ja też tak czasami mam, że przestaję wierzyć w to, że wszyscy ludzie mają dobre intencje… Jest mi wtedy zwyczajnie smutno. Ale wiem też, że sama Aniołem nie jestem, tylko po prostu człowiekiem. Ale wiesz, czego się uczę? Uczę się karmić dobrego wilka:) To między innymi oznacza, że staram się szukać i przyciągać ludzi, którzy dodają mi skrzydeł, a nie ciągną w dół. To cholernie trudna lekcja, ale warto spróbować. Na początku nic się nie klei, może nawet masz wrażenie, że to głupie, ale potem czujesz, jak w środku rośniesz. I Ci ‚źli’ już nawet boją się do Ciebie podejść, bo wiedzą, że Twoja energia by ich zwyczajnie poraziła. Trzeba jasno stawiać granice, nawet jak się to komuś nie podoba. I tak nigdy nie zadowolimy wszystkich. W długim okresie czasu na pewno dostrzeżesz rezultaty! Powodzenia!

  3. MARCELINA „Tatku” -> piękna piosenka. Polecam Ci ją. Ja uwielbiam się w nią wsłuchiwać…
    A co do samego tekstu, to świetnie Cię rozumiem i wiem o czym piszesz.
    Pozdrawiam

    • Witaj Jume! Bardzo Ci dziękuję za komentarz i za inspirację. Piękna piosenka – przejmująca ale jednak powiewa w niej optymizm. Słowa są niesamowite i chyba każdy kto ma za sobą podobne doświadczenie zrozumie, co oznacza tekst ‚kroplą krwi krążącą w niej, niewidzialnym pyłem, na ramionach jej’… Dziękuję. Ja ze swojej strony mogę polecić film ‚About time’ (Czas na miłość) i piosenki z tego filmu. Film nie tylko o zwyczajnej-niezwykłej miłości, ale o nauce odchodzenia… Niby na śmiesznie, a jednak poruszający. Pierwszy raz obejrzałam ten film jeszcze jak Tato był, drugi raz, jak już był daleko – nawet nie sądziłam, że ten film będzie dla mnie jednym z drogowskazów. Przesyłam Ci również dużo siły, aby mimo wszystko kąciki Twoich ust zawsze szły do góry. A ciężkie doświadczenie aby w konsekwencji tylko wzmacniało i pozwalało żyć tak, jakby żadnych ograniczeń nigdy nie było. Pozdrawiam serdecznie!

  4. Patrycja, pieknie to napisalas.Zupelnie sie z Toba zgadzam.Moje doswiadczenia w materii „dowodow” byly i do tej pory sa, bardzo zblizone do Twoich.Wierze w zycie po zyciu i „niewidzialna dlon” mojej Mamy.
    Ta wiara dodaje sily, jest akumulatorem napedzajacym do zycia i daje nadzieje na nasze spotkanie kiedys w innym wymiarze…. Pozdrawiam Cie serdecznie!

    • Witaj Anita! Dziękuję Ci pięknie za podzielenie się swoją ‚historią’, a może powinnam powiedzieć wiarą w siłę miłości. To dla mnie kolejny dowód, że to wszystko o czym tutaj napisałam i w co wierzę naprawdę ma sens! Tak, ja też czekam na spotkanie w kolejnym wymiarze, ‚twarzą w twarz’ – to będzie już kolejny wymiar poza wymiarem czysto fizycznym i poza spotkaniem w przestrzeni serca, który to dokonuje się niemal każdego dnia. Ale przecież najważniejsze jest i tak to, co niewidoczne dla oczu… Również Cię serdecznie pozdrawiam życząc bezustannie takiej wiary, która przenosi góry. A niewidzialna dłoń Twojej Mamy, jak to pięknie napisałaś, niech Cię strzeże i otula swoją czułością i nieprzebraną miłością!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany


Wymagane