Blog Kochane Dzieci

Rozszerzanie diety u małego dziecka – cz. II

papryczki

UWAGA – WIĘKSZOŚĆ INFORMACJI TU ZAWARTYCH DOTYCZY RÓWNIEŻ DIETY DOROSŁYCH!!!

W dzisiejszym poście chciałabym kontynuować wątek rozpoczęty w poprzednim wpisie na temat rozszerzania diety niemowlaka. Napisałam w nim, że gdy zaczęliśmy wprowadzać pierwsze stałe pokarmy do diety naszej córeczki, kierowaliśmy się nieco innymi zasadami, bo byliśmy już po pewnej lekturze o zdrowym odżywianiu.Co robiliśmy inaczej niż przy karmieniu synka?

Spisałam wszystkie najistotniejsze zasady i wyszła z tego ‘wielka dziesiątka’. Najpierw zapisałam je w punktach, potem opisałam każdą z nich osobno. Tak naprawdę każdy z podpunktów w tym wpisie mógłby stanowić odrębny wpis. Dlatego dzisiaj chcę opisać te zagadnienia w miarę zwięźle, a z dużym prawdopodobieństwem staną się kiedyś tematem odrębnego wpisu. Co istotne, wszystkie te zasady zapisałam z myślą o diecie małego dziecka, ale tak naprawdę większość z nich może dotyczyć każdego dorosłego. Bo zdrowe odżywianie jest jedno. Bez względu na wiek.

 

 

W dzisiejszym poście chciałabym kontynuować wątek rozpoczęty w poprzednim wpisie na temat rozszerzania diety niemowlaka. Napisałam w nim, że gdy zaczęliśmy wprowadzać pierwsze stałe pokarmy do diety naszej córeczki, kierowaliśmy się nieco innymi zasadami, bo byliśmy już po pewnej lekturze o zdrowym odżywianiu.

 

Co robiliśmy inaczej niż przy karmieniu synka?

Spisałam wszystkie najistotniejsze zasady i wyszła z tego ‘wielka dziesiątka’. Najpierw zapisałam je w punktach, potem opisałam każdą z nich osobno. Tak naprawdę każdy z podpunktów w tym wpisie mógłby stanowić odrębny wpis. Dlatego dzisiaj chcę opisać te zagadnienia w miarę zwięźle, a z dużym prawdopodobieństwem staną się kiedyś tematem odrębnego wpisu. Co istotne,wszystkie te zasady zapisałam z myślą o diecie małego dziecka, ale tak naprawdę większość z nich może dotyczyć każdego dorosłego. Bo zdrowe odżywianie jest jedno. Bez względu na wiek.

 

 

10 zasad:

1.Warzywa, warzywa i jeszcze raz warzywa (w tym strączkowe)

2.Przyrządzanie warzyw w garnku do gotowania na parze

3.Stosowanie kaszy jaglanej – królowej kasz

4.Wprowadzenie do diety mięsa – nie spieszmy się z tym

5.Koktajle

6.Jogurt naturalny i kefir

7.Siemię lniane i inne nasiona

8.Woda i soki

9.Mleko mamy jak najdłużej

10.Pieczywo, chrupki, krakersiki, słodycze – mówmy im nie jak najdłużej!

 

 

1.Warzywa, warzywa i jeszcze raz warzywa (w tym strączkowe)

Warzyw jemy dużo, zwłaszcza jak jest ich dużo na targach i bazarach. Staramy się je jeść na śniadanie, obiad i kolację. Pod różnymi postaciami. Na surowo i gotowane. Zielone, żółte, czerwone i w innych kolorach tęczy. Różne w zależności od tego, na co jest akurat sezon. Dodatkowo zaczęliśmy coraz chętniej sięgać po warzywa strączkowe (fasola, bób, ciecierzyca, czy soczewica). Nadal raczkujemy w tym temacie, ale już mamy pierwsze przepisy na dania z tych warzyw.

Na przykład daniem popisowym jest zupa z soczewicy. W ogóle od soczewicy proponuję zacząć, bo nie wymaga ona wcześniejszego moczenia w wodzie, jest bardzo delikatna i szybko się gotuje. Zupkę z soczewicy można podać dzięki temu już małemu dziecku, nasza córeczka się nią zajadała na długo przed ukończeniem roczku. I kolejne nasze odkrycie to bób – zdrowy i bardzo smaczny. Córeczka i ja zajadałyśmy się nią nawet bez użycia jakichkolwiek dodatków, no może poza odrobiną soli himalajskiej. Wystarczy ją ugotować i obrać ze skórki. Pychotka!

 

 

2.Przyrządzanie warzyw w garnku do gotowania na parze

Jedna ze zmian była taka, że większość warzyw, które przyrządzaliśmy, była gotowana w zwykłym garnku do gotowania na parze (więcej o tym urządzeniututaj). Dzięki temu witaminy z warzyw tak szybko z nich nie uciekały, a same warzywa miały bardziej intensywny smak.

 

 

3.Stosowanie kaszy jaglanej – królowej kasz

Kolejną rzeczą było to, że nie dodawaliśmy do pokarmów kaszy manny, ale kaszę jaglaną! Kasza jaglana to jedna z najzdrowszych kasz, dodatkowo łatwo dostępna w Polsce. Kiedyś w ogóle nie wiedziałam o istnieniu kaszy jaglanej. Ale gdy zaczęłam wertować literaturę, odnalazłam w niej informacje o bardzo zdrowej kaszy, stosowanej kiedyś bardzo często przez nasze babcie, czyli właśnie kaszy jaglanej.

Kasza jaglana to jedyna wśród kasz, która jest zasadotwórcza, dzięki czemu pomaga w utrzymaniu równowagi kwasowo zasadowej w organizmie (to szczególnie ważne gdy dieta przeciętnego Polaka obfituje w pokarmy kwasotwórcze, takie jak pieczywo, nabiał, mięso czy cukier). Oprócz tego, że odkwasza i oczyszcza organizm (usuwa między innymi wilgoć z organizmu, która to jest przyczyną stanów zapalnych i chorób górnych dróg oddechowych), to zawiera szereg witamin, substancji mineralnych (w tym tak ważne dla każdego dziecka, ale i dorosłego, żelazo!). Nie bez powodu nazywana jest królową kasz.

Jeśli chcecie przeczytać o niej więcej, serdecznie Was zachęcam do poczytania o niej na blogu, który niedawno odkryłam, a który to posłużył mi do wyłuskania tych podstawowych informacji na temat kaszy jaglanej. Oto link:http://gotujzdrowo.com/jak-ugotowac-kasze-jaglana/.  Znajdziecie na nim szereg przepisów z kaszą jaglaną w roli głównej. Sama też mam w planie napisanie kiedyś trochę więcej o tym, jakie rzeczy z kaszy jaglanej robimy w naszym domu. Dodam też, że odkąd okryłam, jak wspaniałe właściwości ma ta kasza, sama tej kaszy coraz więcej jem i to pod różnymi postaciami.

Gdy zaczynaliśmy naszą przygodę z kaszą jaglaną i równocześnie nasza córeczka zaczynała swoją przygodę ze stałymi pokarmami, kaszy jaglanej dodawaliśmy tylko trochę, dosłownie kilka ugotowanych łyżeczek. Dodawaliśmy ją do ugotowanych na parze warzyw. Miksowaliśmy wszystko razem na papkę, a po jakimś czasie zaczęliśmy dodawać to zmiksowanych lub tylko rozdrobnionych warzyw kaszę bez wcześniejszego miksowania (w celu przyzwyczajania dziecka do jedzenia potraw z różnymi grudkami).

Jeśli zaś chodzi o samo gotowanie kaszy, to różne tajemne przepisy na jej ugotowanie można znaleźć. Ja, z powodu zawsze bardzo napiętego grafiku, po prostu brałam na jakąś określoną miarę kaszy dwie miarki wody (np. ja pół szklanki kaszy szklankę wody) i wszystko razem gotowałam, raczej na małym ogniu, żeby woda za szybko nie odparowała, a kasza się nie przypaliła. Jeśli uznałam, że kasza gotuje się zbyt krótko (czyli mniej niż 10 min) a woda już zupełnie z niej odparowała, to dodawałam w trakcie jej gotowania jeszcze trochę wody.

Jedna uwaga – jak to zwykle bywa z kaszami, na początku wydaje się, że jest jej mało, a potem nagle kasza pęcznieje i robi się jej dużo, dlatego nie ma co jej gotować zbyt dużo. Chyba że chce się ją mieć na kolejne posiłki. Pół szklanki to świat i ludzie, wyjdzie z tego posiłek nie tylko dla dziecka, ale i dla dorosłego. Wcześniej trzeba pamiętać, aby kaszę dobrze wypłukać pod gorącą wodą (lub polać wrzątkiem), aby usunąć z niej ew. goryczkę.

 

 

4.Wprowadzenie do diety mięsa – nie spieszmy się z tym

Mięso zaczęłam wprowadzać do diety maluszka dość późno, gdy córeczka skończyła już roczek, a i tak nie dodawałam tego mięsa do każdej zupki, bardziej raz na jakiś czas. To też temat rzeka, na inny wpis, ale mogę tylko powiedzieć, że według mnie (i nie tylko mnie, ale chociażby takiego autorytetu, jak doktor Joel Fuhrman, autora wielu książek o zdrowym odżywianiu) nie trzeba się tak spieszyć z wprowadzaniem mięsa. Lekarze straszą, że nie dając mięsa, nie dajemy dziecku odpowiedniej porcji żelaza.

Ale tak naprawdę jest bardzo dużo innych pokarmów, które są bogatym źródłem żelaza, a dodatkowo są od mięsa dużo zdrowsze (mięso zakwasza organizm i jest bardzo długo trawione przez organizm, nawet do 14 godzin – pamiętajcie o tym, gdy będziecie spożywać mięso przed snem!). Do takich pokarmów należy między innymi szpinak, natka pietruszki, brokuły, orzechy i nasiona, czy rośliny strączkowe (m.in. soczewica, soja, ciecierzyca, czy fasola),  czy wspomniana wcześniej kasza jaglana. Dodam tylko, że chcąc, aby żelazo z tych pokarmów było lepiej przyswajalne, musimy pamiętać o równoczesnym dostarczaniu organizmowi witaminy C, której to obecność w organizmie pomaga lepiej wchłaniać żelazo z pokarmu.

Jeszcze wracając na chwilę do mięsa – czy wiecie, że wiele zwierząt hodowlanych (zwłaszcza tych na masową skalę) jest stale faszerowanych antybiotykami i paszą ze sztucznymi dodatkami? Aby szybciej rosły i szybciej dały zysk, a do tego żeby było tanio i żebyśmy ‘mieli’ te nasze kochane kurczaki czasem po kilka złotych za kilogram na półce sklepowej. Mówię to z ironią w głosie, ale tak naprawdę bardzo mi szkoda tych wszystkich zwierząt traktowanych tak nieludzko, szkoda że chęć zysku zabija człowieczeństwo człowieka i źle się dzieje, że taki los gotujemy zwierzętom. I przy okazji sobie i maleńkim dzieciom. Potem to wszystko przenika do organizmów maleńkich dzieci i naszych, stąd nie zdziwmy się, że dziecko które nie miało podanego antybiotyku ma ślady antybiotyku w organizmie….

Dlatego jeśli mięso, to raczej ze sprawdzonych źródeł, odpowiedniego rodzaju(np. mięso z indyka, królika, mięso cielęce czy jagnięce) i nie codziennie. Dokładna lektura tego tematu jeszcze przede mną, ale z tego co słyszałam i wstępnie czytałam, to kurczak zje wszystko, co mu się da, nawet ‘gwałtem’ otwierając mu siłą dziób i wrzucając tam jedzenie. W przypadku chociażby indyków, o których wspomniałam, jest już trochę inaczej. Dlatego mówię nie mięsu w dużych ilościach i temu najtańszemu, produkowanemu masowo.

 

 

5.Koktajle

Koktajle świetnie się wpisują w dietę maluszka. Po pierwsze są bardzo zdrowe, a po drugie mają wprost idealną konsystencję dla maluszka. Idealny sezon na koktajle to według mnie lato. Wtedy mamy pod dostatkiem warzyw i owoców, a dodatkowo takie koktajle świetnie chłodzą w gorące dni. Dlatego może teraz, w celu ogrzewania organizmu, bardziej stawiam na dania ciepłe. Ale wracając do głównego wątku – koktajle robi się naprawdę szybko i prosto, a smakują obłędnie.

Warto pamiętać o kilku podstawowych sprawach dotyczących przygotowywania koktajlu. Najlepiej robić koktajle owocowo-warzywne. Czyli obok jabłka, gruszki, banana, czy owoców sezonowych (jagody, czy truskawki), warto dodać coś zielonego, czyli świeży szpinak, kilka liści sałaty czy jarmużu. Co ciekawe, tych ‘zielonych’, dla niektórych wątpliwych w smaku, rzeczy, finalnie nie czuć podczas picia koktajlu. Koktajle wręcz są bardzo słodkie, a jedynie zielona konsystencja może świadczyć o dodaniu tam szpinaku czy innych zielonolistnych warzyw.

Aby konsystencja koktajlu była idealna (czyli nie zbyt wodnista), warto zadbać o to, aby w koktajlu znalazło się awokado lub banan. Przy tej okazji tylko wspomnę, że awokado ma szereg cennych składników bardzo potrzebnych naszemu organizmowi, chociażby jest źródłem pożądanych przez nasz organizm kwasów tłuszczowych omega-3. Do koktajlu można dodać również trochę wody lub naturalnego jogurtu, ilość będzie zależna od tego, jaką konsystencję chcemy uzyskać.

Nasze dzieciaki bardzo lubią koktajle. Polecam robić ich dużo, już na etapie rozszerzania diety dziecku. Możemy dzięki nim ‘przemycać’ składniki, których osobno dziecko by nie chciało jeść.

 

 

6.Jogurt naturalny i kefir

Niestety, również i w tym przypadku muszę napisać, że jogurty z naszych półek sklepowych bardzo niewiele mają wspólnego z prawdziwym jogurtem. Nawet te jogurty, które określane są ‘jogurtem naturalnym’ daleko odbiegają od naturalności, nie wspominając już o jogurtach ‘owocowych’, które chyba tylko w nazwie mają określenie ‘owocowy’. Jogurt i kefir zrobione w domu są wolne od cukru i wszelkich dodatków chemicznych (w tym tych, które mają imitować smak, zapach, czy kolor prawdziwych owoców – jednym słowem oszukujących nasz organizm!!!). I co najważniejsze – zawierają naprawdę ‘żywe’ kultury bakterii, które przywracają prawidłową florę przewodu pokarmowego (np. jogurt zawiera bakterię lactococcus acidophilus, długo by jej trzeba szukać w jogurcie ze sklepu). Oprócz tego zawierają cenne witaminy i minerały.

Jogurt i kefir bardzo łatwo zrobić w domu. Wystarczy się zaopatrzyć w specjalne bakterie i mleko od krowy (najlepiej to prawdziwe, a nie zamknięte w kartonie czy butelce na wiele miesięcy). Potem wystarczy tylko odpowiednio podgrzać, następnie schłodzić mleko, dodać bakterie jogurtu/kefiru i zostawić na kilka godzin w ciepłym miejscu, a na koniec schłodzić w lodówce. To bardzo skrócona wersja procedury podczas robienia pierwszy raz jogurtu i kefiru. Potem wystarczy mieć świeże mleko i kilka łyżek poprzednio zrobionego jogurtu/bakterii, by zajadać się kolejnymi porcjami.

Co ważne, bakterie zawarte w jogurcie i kefirze rozkładają laktozę, której nie jest w stanie strawić nasz organizm, dlatego nie należy się martwić tym, że nasze dziecko czy organizm dorosłego nie będzie sobie w stanie poradzić z mlekiem krowim.

 

 

7.Siemię lniane i inne nasiona

Naszej córeczce już na dość wczesnym etapie urozmaicania diety zaczęłam dorzucać do przygotowywanych dań zmielone siemię lniane czy zmielone ziarna słonecznika lub dosypywałam sezam. Były to oczywiście dość ‘symboliczne’ ilości, dosłownie pół małej łyżeczki. Śmieję się, że to moja magiczna ‘trójka sss’ (siemię, słonecznik, sezam). Siemię i słonecznik mieliłam w zwykłym młynku do kawy, w którym oczywiście żadna kawa nie była mielona.

Zamiast znanego sposobu dodawania odrobiny masła do zupek dodawałam odrobinę oleju lnianego. Pamiętać jednak należy, że olej lniany nie nadaje się do smażenia, czy gotowania i woli niższe temperatury, dlatego najlepiej go dodać, gdy zupka będzie już schłodzona i tuż przed podaniem dziecku.

 

 

8.Woda i soki

Na szczęście ani synka ani córeczki nie zdążyłam przyzwyczaić do picia sztucznych soczków z kartonika. Synek od małego wybiera najzwyklejszą wodę.  Co zmieniło się odkąd dołączyła do nas córeczka? Zaczęliśmy wyciskać zdrowe, świeże i przepyszne w smaku soki. Owocowe lub owocowo-warzywne. Z mężem nałogowo (czytaj: praktycznie codziennie) je pijemy, ale ciągle je podsuwamy również naszym dzieciom. Reakcje ich są różne, ale im częściej to robimy, tym chętniej dzieci piją te soki. Córeczka pije je znacznie chętniej, ale i synek pomału się do nich przekonuje i również pije je z nami coraz częściej. Takie soki to prawdziwa bomba witaminowa i wspaniała alternatywa dla różnych napojów.

 

 

9.Mleko mamy jak najdłużej

Gdy rozmawiam ze znajomymi mamami, zawsze powtarzam, że z mojego doświadczenia i punktu widzenia mleko mamy to jeden z kluczy do sukcesu, aby nasze dzieci były zdrowe i odporne na infekcje. O karmieniu piersią pisałam jużtutaj, ale teraz jeszcze raz chcę podkreślić to – drogie mamy, karmcie jak najdłużej będzie to możliwe. Synka karmiłam nieco ponad 10 miesięcy, ze względu na kolejną ciążę, ale córeczkę karmię cały czas, a za moment kończy ona rok i pięć miesięcy. Oczywiście jeśli nic się nie zmieni, to będę karmić nadal. Nie wiem jak długo, na razie o tym nie myślę, po prostu cieszę się tym, że mogę karmić i daję córeczce najlepsze mleko pod słońcem. Tego mleka nie jest w stanie zastąpić żadne, nawet najdroższe i najbardziej reklamowane, mleko w proszku. Takie mleko się nawet do niego nie umywa. Nie wspominając o tym, że jest tak łatwo dostępne i zupełnie za darmo! A do tego jest skrojone do potrzeb właśnie mojego dziecka, jest oryginałem a nie żadną podróbką!

 

 

10.Pieczywo, chrupki, krakersiki, słodycze – mówmy im nie jak najdłużej!

Nie wiedzieć czemu mówi się, że dziecko, które już ma niespełna roczek może jeść kromkę pieczywa, oczywiście posmarowanego masełkiem, a do tego plasterek serka czy szynki. Nikt natomiast nie powie tego, że chleb czy bułka zawiera masę konserwantów, spulchniaczy, ulepszaczy i innych tego typu śmieci. Oczywiście jest lepsze pieczywo i zupełnie śmieciowe pieczywo, ale nie zmienia to faktu, że nie jest to najlepsze jedzenie dla dziecka.

Masełko tak, ale jeśli jest robione samemu. Ale ja osobiście polecam olej lniany.Oczywiście ze sprawdzonego źródła i jak najświeższe! Wędlina, sery – to niestety jest również wysoko przetworzona i niezdrowa żywność. No bo czy ktoś kiedykolwiek widział ser czy wędlinę rosnącą na krzaku, czy drzewie? A to tam powinniśmy szukać zdrowego jedzenia. Ktoś naprawdę musi się natrudzić, żeby pierwotne surowce doprowadzić do postaci, którą widzimy na półkach sklepowych. I do tego to coś, to ‘niby jedzenie’, ma mieć jak najdłuższy termin przydatności do spożycia, czyli znowu trzeba je czymś naszprycować. Już w ogóle nie wspominając, ile jest mięsa w mięsie w takim surowcu. Nic, to też długi temat, na inny wątek.

Podsumowując – nie wyzbyliśmy się zupełnie pieczywa, ale ograniczamy jego spożycie do  minimum. Córeczka nie rzuca się na chleb jak na jakąś super przekąskę, po prostu jej tego nie nauczyliśmy. Woli różne warzywa, czy kasze (jaglaną, czy gryczaną niepaloną).

I na koniec jeszcze kilka słów o słodyczach – unikajmy ich jak ognia! Szczęśliwie ani córeczka ani synek nie są nauczeni, co to cukierek, baton, czy lizak. Oczywiście pewnie kiedyś poznają ich smak, ale jak do tej pory mieli z nimi do czynienia naprawdę kilka razy, a z niektórymi wcale. I nie czuję, że coś odbieram dziecku, zabieram im jakąś przyjemność. Wręcz przeciwnie, chcę ich zdrowia, dlatego nie chcę ich karmić jedzeniem, które zatruwa ich małe organizmy małymi kroczkami. Oczywiście nie oznacza to, że nie jedzą słodkich rzeczy. Oczywiście daję im słodkie i jednocześnie pyszne i dużo zdrowsze przekąski, przygotowane na bazie miodu czy daktyli. O nich też napiszę. Czasami zdarzają się nam małe przewinienia, wtedy zajadamy się ciastem domowej roboty czy gorzką czekoladą.

I już naprawdę na koniec – mówimy nie krakersikom, czipsom, paluszkom czy innym podobnym. Naprawdę nasze dzieci nauczą się gryzienia bez nich. Nie mówię, że w ogóle nigdy nie, ale jeśli już, to naprawdę sporadycznie. Nie na co dzień, bo najlepszą przekąską są dla naszych dzieci słodkie owoce. Czasami skusimy się na jakieś krążki ryżowe, ale też staramy się ich unikać.

To chyba koniec na dzisiaj. Poruszyłam tylko najistotniejsze i najbardziej palące kwestie, ale od czegoś trzeba zacząć.

3 Komentarze

  1. Dziękuję Ci serdecznie za wpis. Znalazłam tu wiele cennych i ciekawych informacji. Dzięki nim skorzysta Antek, ja i mąż. Właśnie synek skończył 6 miesięcy i zaczęliśmy rozszerzać dietę. Na początek marchewka – gotowana na parze ;-). Powoli ją poznajemy. Choć sporo informacji jest w Internecie to wciąż mam wiele wątpliwości. Chodzi m.in. o wprowadzanie glutenu. Jak wiadomo gluten jest m.in. w kaszy mannie, dlatego jest ona zalecana do podawania dzieciom (by przyzwyczaić je powoli do tolerancji glutenu). Jednak byłam mocno zdziwiona, gdy poszłam po kasze mannę do sklepu i skierowałam się w kierunku produktów spożywczych dla dzieci, a tam wszystkie kaszki, jakie znalazłam miały w składzie mleko modyfikowane ok. 50%. Po przewertowaniu półek znalazłam kaszę z glutenem która ma w sobie 99,7% kaszki w kaszce. To już uznałam za sukces. Jest to kaszka na bazie pszenicy, żyta, kukurydzy, owsa i jęczmienia. Teoretycznie dziecko karmione piersią powinno mieć gluten wprowadzony po 5 miesiącu. Proszę napisz jak wprowadzałaś gluten do diety córeczki, bo kasza jaglana jest bezglutenowa? Mam jeszcze jedną wątpliwość odnośnie jakości warzyw dla dziecka. W mojej okolicy jest bazarek. Udało mi się (jak na razie) znaleźć jednego sprzedawcę , który oprócz standardowego stoiska z warzywami, ma mini stoisko z warzywami eko. Zatem kupiłam trochę marchewki eko. Ciekawe jest to, że ta marchewka eko w ogóle nie wyglądała atrakcyjnie. Mała, niezbyt dorodna, cała w piachu. W każdym razie nie przykuwała w ogóle uwagi, w porównaniu z dorodnymi wyrośniętymi i umytymi marchewkami nie eko. Czy podajesz dzieciom warzywa eko? Czy podając dziecku warzywa nie eko właściwie umyte jestem w stanie usunąć wszelką szkodliwą chemię? Jeszcze pozostaje kwestia zaufania do sprzedawcy. Czasami rozmawiając ze sprzedawcami dowiaduję się, że nie ma teraz warzyw nie nawożonych i jak ktoś takie sprzedaj to ścienia. Innym razem, słyszę informację, że sprzedawane warzywa tylko trochę były nawożone. Sama się w tym gubię. Skąd mam wiedzieć czy to warzywo jest zdrowe dla dziecka?

    • kochanedzieci

      19 grudnia 2014 at 23:28

      witaj ponownie Ala! Mam nadzieję, że druga część mojego komentarza w formie wpisu Cię usatysfakcjonuje:) Jeszcze tylko się odniosę do pierwszej części – jeśli zdecydujesz się wprowadzić kaszę mannę do diety swojego Synka, to polecam najzwyklejszą kaszę mannę (np błyskawiczną, z drobnymi ziarenkami). Ja taką kaszę dodawałam do zup i deserków synkowi.

    • kochanedzieci

      18 grudnia 2015 at 00:58

      Witaj Ala! Dziękuję za Twój komentarz. Poruszyłaś w nim szereg bardzo istotnych rzeczy. Pozwól, że je bardzo pokrótce poruszę, a reszta będzie musiała poczekać na oddzielny wpis, bo naprawdę jest szalenie trudno opowiedzieć zwięźle o czymś, co jest bardzo szerokim i złożonym tematem. Dodam tylko, że czasami bardzo trudno jest podać informację, która jest na 100% sprawdzona i przebadana. Wiedza wciąż się zmienia, czasami można spotkać bardzo różne i skrajne opinie na dany temat. Dlatego podkreślam to, że na blogu wyrażam swoje opinie, które są oczywiście poparte literaturą, ale bazuję również na swoich doświadczeniach i obserwacji, w tym obserwacji moich dzieci i tym, jak się czują i funkcjonują po określonych posiłkach. Na sam początek kwestia glutenu. Gdy rozszerzałam dietę synkowi, miałam bardzo podobne wątpliwości do Twoich. Chciałam naprawdę dać synkowi to, co najlepsze i najzdrowsze, ale nie do końca wiedziałam, gdzie mam tego szukać. Na szczęście od tego momentu moja wiedza o żywieniu znacznie się wzbogaciła, dzięki czemu mogę z pewnym dystansem podchodzić do różnych informacji, które można znaleźć w Internecie i szukać alternatywnego spojrzenia na daną kwestię. Ale w ogóle wydaje mi się, że najistotniejszą sprawą jest to, aby szukając produktów dla dziecka (i dla siebie!) kierować się kilkoma podstawowymi umiejętnościami, które każdy z nas posiada, a z najważniejszych należałoby wymienić umiejętność czytania i myślenia! Fajnie, że czytasz etykiety i próbujesz dociec co jest czym – to bardzo istotne i polecam to każdemu! Ale wracając do glutenu. Czym w ogóle jest ten gluten? Otóż jest to białko, które znajduje się w zbożach takich jak pszenica, jęczmień, żyto czy owies. Prawie połowę białek w glutenie stanowi gliadyna, która to odgrywa zasadniczą rolę w powstaniu choroby trzewnej (czyli celiakii) czy pojawieniu się nietolerancji na gluten (wtedy dochodzi do stanów zapalnych różnych narządów) lub alergii na gluten. Najwyższy poziom gliadyny występuje w pszenicy. Badania dowodzą, że gluten powoduje uszkodzenie śluzówki jelita cienkiego i sprawia, że nasze jelita stają się nieszczelne. Niesie to za sobą szereg negatywnych konsekwencji, w tym taką, że zaczynamy mieć alergie pokarmowe. Układ odpornościowy zamiast walczyć z wirusami i bakteriami, zmuszony jest usuwać fragmenty niedotrawionego np. białka, które poprzez nieszczelne jelito trafiło do naszego krwioobiegu. Układ immunologiczny chcąc zwalczyć intruza, produkuje substancje, które jeszcze bardziej dziurawią jelito. Może wręcz dojść do tego, że układ odpornościowy pod nawałem coraz większej liczby intruzów może całkowicie zwariować i nie wie już kto jest ‘swój’ a kto ‘obcy’ i zaczyna niszczyć własne organy. Organizm zajęty walką z niedotrawionym pokarmem, nie mając dostatecznej ‘armii’ zaczyna też szwankować na innych frontach i np. słabo zwalcza komórki nowotworowe czy dopuszcza do nadmiernego rozrostu grzyba candida. Nadwrażliwość na gluten może dawać różne objawy, które na początku może być trudno połączyć z tą dolegliwością. Mogą być to m.in. bóle brzucha, wzdęcia, zaparcia, bóle głowy, próchnica, osteoporoza, czy nawet stany depresyjne. Wracając do Twojego pytania, jak wprowadzałam gluten do diety dziecka? Otóż sama celowo i zamierzenie go nie wprowadzałam, a wręcz go unikałam! Jakoś trudno mi się zgodzić z teorią mówiącą, że jeśli zacznę podawać dziecku gluten na wczesnym etapie, to go do niego przyzwyczaję i moje dziecko nie będzie miało nietolerancji na to białko… Czyli mam celowo narażać zdrowie mojego malutkiego dziecka, podając mu coś, co może siać takie spustoszenie w jego malutkim organizmie? I trzymać kciuki, że do tego ‘złego’ się dziecko przyzwyczai i potem będzie już wszystko w porządku i akurat moje dziecko nie będzie miało nietolerancji na gluten? A potem po latach się okaże, że jednak ma ten problem i będę szukać znowu produktów bezglutenowych, dodatkowo próbując doprowadzić wyniszczony organizm mojego dziecka do ładu. Z drugiej strony gluten znajduje się w większości spożywanych przez nas pokarmów. Prędzej czy później i nasze dziecko się z nim zetknie. Na przykład gdy dam mu do zjedzenia pieczywo (pszenne, żytnie lub inne). Co więcej, gdy dam dziecku białą przetworzoną bułkę pszenną, to dam mu jeszcze szereg chemicznych dodatków. Dlatego też właśnie pieczywa również unikam! I makaronów z białej przetworzonej mąki i innych wyrobów z mąki również! Jeśli chodzi o odpowiedź na pytanie, czy kasza jaglana (jest to kasza otrzymywana z prosa) zawiera gluten, to źródła podają, że nie. W przeciwieństwie do kaszy manny, która jest otrzymywana z pszenicy. Ale też dodam, że nie tylko chodzi o to, że unikam pewnych rzeczy z powodu glutenu. Unikam ich przede wszystkim dlatego, że nie dają nic wartościowego, a tylko obciążają organizm. Moje podejście do żywienia nie opiera się na strachu przed czymś (przed glutenem, cukrem, czy czymkolwiek jeszcze), ale opiera się na chęci jedzenia tego, co naprawdę ODŻYWIA organizm, dając mu to, czego potrzebuje, aby sprawnie działał. Mam nadzieję, że dałam Ci wyczerpującą odpowiedź:) Pozwól, że na drugą część odpowiem jutro.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany


Wymagane