Blog Kochane Dzieci

Odchodzenie bliskiego – ważne lekcje

anioł

 

Dzisiaj temat trudny, a co więcej, bardzo osobisty. Myślę, że dojrzałam do tego, aby napisać ten tekst. Mam nadzieję, że dzięki niemu uda mi się przełamać temat pewnego tabu – temat odchodzenia kogoś bliskiego. A dla mnie pisanie tego tekstu pozwoli po raz kolejny poczuć wdzięczność. Tak, tak, wdzięczność.

Kilka miesięcy temu (jak to brzmi, było to naprawdę jakby wczoraj) pożegnałam swojego Tatę. Pożegnanie to chyba też nie najlepsze tu słowo, bo tak naprawdę uczestniczyłam w przechodzeniu Taty na tę Drugą Stronę. Wiem, że On dalej jest, tylko nie w materialnej postaci. Podpowiada mi to moje serce oraz znaki, które otrzymałam. Wiem też, że Tato jest bezpieczny i szczęśliwy. Z tego też powodu u mnie nie może być inaczej – jest mi po ludzku smutno, że Go fizycznie nie ma, ale czuję spokój i szczęście.

 

Ale od początku…

 

Za mną i całą Rodziną trudny rok. A za Tatą trudne odchodzenie. Tato chorował i w pewnym momencie stało się niemal pewne, że przyszła pora na pożegnanie. Człowiekiem targają wtedy różne emocje. Momentami bywa naprawdę ciężko i człowiek sam nie wie, skąd czerpie potrzebne mu wtedy tak bardzo siły. Ale choć człowiek nie wiem jak by się starał, to widmo rozstania z bliskim zatacza coraz szersze kręgi, a życie naokoło po prostu toczy się dalej.

Pewnie większość z czytających doświadczyła odchodzenia Kogoś bardzo mu bliskiego. Temat umierania, chociaż coraz częściej staramy się go zamieść pod dywan i udawać, że nas on nie dotyczy, pojawia się w naszym życiu. I jeśli się pojawi, to może on nas jeszcze bardziej pogrążyć w czarnowidztwie, pesymizmie i zgorzknieniu, albo nas wzmocnić.

Sama przekonałam się o tym, że naprawdę trudne doświadczenie może dać nam dodatkową siłę. Proces pozyskiwania tej siły nie należy do przyjemnych i chyba nikt na życzenie by się o nią nie prosił. Potrzeba czasu i konieczne jest nabranie odrobiny dystansu, aby poukładać sobie pewne rzeczy w głowie i na nowo zdefiniować kluczowe sprawy w życiu. Aby przetrwać taki trudny czas jak pożegnanie się z bliskim, warto mieć też w swoich zasobach choćby odrobinę czystej, prawdziwej miłości.

 

 

Tato i miłość

 

Tato nie był ideałem i jestem niemal pewna, że takich ideałów po prostu nie ma. W naturę ludzką wpisana jest mniejsza lub większa doza niedoskonałości. Doskonały jest tylko Stwórca. Ale my, nawet będąc tylko ludźmi, mamy możliwości, aby nasze życie czynić coraz piękniejszym.

Napędem do tego, aby być coraz lepszym człowiekiem i wieść szczęśliwe życie, jest właśnie miłość. Jakkolwiek trywialnie by to nie zabrzmiało, tak właśnie jest. Ale każdy tę prawdę musi odkryć sam i do niej dorosnąć. Każdy potrzebuje do tego określonego czasu i pewnej puli doświadczeń. Ja tę prawdę wciąż poznaję, a siłą sprawczą są na pewno nasze dzieci i takie właśnie trudne momenty życiowe.

Tato, pomimo bycia ‘tylko’ człowiekiem, był naprawdę fantastycznym Człowiekiem i Ojcem. Jednego co do niego jestem pewna – bardzo kochał swoją rodzinę, swoją żonę i dzieci. Mimo, że dość rzadko używał słowa ‘kocham’, to swoim zachowaniem podkreślał swoją miłość do nas. Na każdym kroku dawał dowody tej miłości. Teraz, gdy już fizycznie go z nami nie ma, jeszcze mocniej to czuję.

Jednym z moich doświadczeń w sferze odchodzenia drugiej osoby jest właśnie to, że gdy dzieją się te najtrudniejsze wydawałoby się momenty, to ta miłość, która jest pomiędzy osobą, która odchodzi, a nami, zaczyna się ‘wylewać’. Gdy nadchodzi koniec życia jednego człowieka, to w osobie, która pozostaje, rodzi się niewyobrażalna siła miłości.

Gdy Tato odszedł, poczułam nagle wielką falę miłości. To tak, jakby te małe cegiełki miłości, które Tato dawał mi w swoim życiu, w najdrobniejszych chociaż sytuacjach, powróciły teraz do mnie i osłoniły moje serce przed cierpieniem. Trudno to naprawdę ująć słowami, ale tak było i dalej jest. Gdy inni niemal oczekiwali mojego smutku i łez, w moim sercu gościł niezmącony spokój. Sama się temu dziwiłam i zastanawiałam się, skąd u mnie taka reakcja. Ale wiedząc, jak bardzo Tato nas kochał i jak dużo tej miłości nadal we mnie było, po prostu czułam, że nie mogę inaczej.

Chcę być dobrze zrozumiana. Sama choroba Taty i świadomość, że jego życie (to ziemskie) dobiega końca, sprawiały mi ogromny ból i były źródłem cierpienia całej naszej rodziny. Chyba przeszłam przez wszystkie etapy, przez jakie przechodzi rodzina chorującego – szok, niedowierzanie, zaprzeczanie, próba robienia wszystkiego co w mojej mocy aby mu pomóc, czy wreszcie stopniowe i trudne godzenie się z tym co jest. Te doświadczenia niestety mocno mogą niszczyć. Ale gdy już doszłam do ściany, gdy Tato odszedł i wydawało się, że oto przyszło to najgorsze, w moim sercu zagościł długo oczekiwany spokój.

 

 

Oczekiwanie na to co nieuchronne

 

Śmierć przychodzi do nas na różne sposoby. Czasami pojawia się niespodziewanie i nie daje nam nawet możliwości powiedzenia ‘do widzenia’. Czasami przychodzi nieco wolniej, ale bardzo szybko robi spustoszenie dookoła. A czasami przychodzi, wita się z nami, a potem długimi miesiącami czeka na finalne rozstrzygnięcie. I ani ona nie wie, ani my, kiedy ono nastąpi i kto finalnie zwycięży.

W przypadku Taty realizował się ten ostatni scenariusz. Nie chcę opisywać w szczegółach, co się wtedy działo, bo sięgam po bardzo osobiste tematy i sądzę, że trochę musi z tego pozostać tylko i wyłącznie dla mnie i naszej rodziny. Chciałabym tylko podzielić się z Wami pewnymi doświadczeniami i refleksjami, które być może i Wam pomogą uporać się z jakimiś nieprzepracowanymi tematami albo po prostu oswoić się nieco z tematem odchodzenia.

Napisałam na początku, że czuję wdzięczność. Jednym z powodów, dla których tak jest, jest to, że mogłam być przy odchodzeniu Taty. Nie tylko ja, ale cała nasza rodzina. Mama, moje Siostry, a nawet nasi Mężowi i Wnuki Taty. Było to niesamowite i naprawdę mało prawdopodobne. Na co dzień rozsiani po Polsce a nawet świecie, w te ostatnie godziny mogliśmy być przy Tacie. Tym bardziej wydawało się to mało prawdopodobne, że tak jak wspomniałam Tato odchodził powoli, długimi miesiącami. Tak naprawdę żadne z nas nie wiedziało, kiedy nastąpi finał.

Gdy już było bardzo źle, starałam się jak najczęściej jeździć do Rodziców, pokonując odległość ponad dwustu kilometrów. Oczywiście na ile nam możliwości na to pozwalały. Jeszcze na tydzień przed śmiercią Taty zastanawiałam się, czy ponownie ich nie odwiedzić. Nie wiedziałam, kto przyjdzie do Taty pierwszy – ja czy może śmierć. Ostatecznie ułożyło się wszystko tak, że przyjechałam tydzień później. W piątek byłam u Rodziców, a w niedzielę Tato odszedł.

 

 

Wiara

 

Piszę dużo o odchodzeniu, ale może powinnam zacząć od pewnej kluczowej sprawy. Każdy wierzy w to, co chce wierzyć. Po to mamy przecież wolną wolę, aby sami decydować o sobie i swoim życiu. Choćby nie wiem, co się działo, ja również w pewne rzeczy wierzę i uważam je za coś stałego i niezmiennego. Nie oznacza to, że ktoś ma wierzyć w to co ja. Nie mam takiej władzy, aby zmusić kogoś do czegoś w tak delikatnej sferze, jaką jest wiara. Równocześnie i mnie będzie trudno przekonać do tego, abym zaprzeczyła temu, w co wierzę.

Wiara jest dla mnie czymś, czemu trudno nadać realną formę, a co bezpośrednio wpływa na moje życie i wybory. Wiara to również zadawanie sobie pytań – skąd się wziąłem, co tutaj robię i dokąd zmierzam. Każdy, bez najmniejszego wyjątku, w coś wierzy. Nie wierzę w ateizm. Życie jest zbyt bogate, nieprzewidywalne i zagadkowe, aby przestać zadawać pytania. Nawet jeśli się wydaje, że ktoś żyje zupełnie bezrefleksyjnie, to tak naprawdę pojawiają się co jakiś czas w człowieku pytania na temat naszej natury i celu, dla którego się tutaj znaleźliśmy.

Wierzę w Boga. Mój Bóg jest dobry i jest Kimś, kto mnie bezgranicznie kocha. Wierzę, że Bóg chce mojego szczęścia. Bóg podpowiada mi, jakich wyborów mam dokonywać, aby być szczęśliwą osobą i spełniać się w różnych życiowych rolach. Od wielu, wielu miesięcy, mój ukochany Bóg – najlepszy Przyjaciel, szepcze mi wciąż do ucha, że warto kochać. Że warto doskonalić się w tej trudnej sztuce miłości, bo tylko ona daje człowiekowi trwałe szczęście. Och, to też szeroki temat i temat na kolejny temat.

W co jeszcze wierzę? Wierzę, że jesteśmy nie tylko ciałem, ale i czymś więcej. Ciało jest naszą konstrukcją, która zapewnia nam trwanie tutaj na ziemi. Ale w tym fizycznym ciele ukryta jest również nasza dusza. Nasz dobra energia, nasz boski pierwiastek, czyli ni mniej ni więcej, niż właśnie miłość. Ciało jest ułomne i prędzej czy później słabnie. Wtedy już dalej nie może pełnić roli naszego pancerza i obumiera. Ale dusza, ten boski pierwiastek, pozostaje w nas i nic nie jest w stanie go zwyciężyć.

Ten boski pierwiastek wędruje po obumarciu ciała wprost w ramiona Boga. W zależności od tego, ile miłości udało się nam zebrać w naszym życiu, dusza będzie albo bardzo blisko Boga, albo dość daleko od niego. Jeśli będzie blisko, będziemy mogli cieszyć się szczęściem już na wieki, czyli niebem. Jeśli dusza będzie bardzo daleko od Boga, to nie będzie mogła się ogrzać w jego blasku, pomimo świadomości, że ten blask naprawdę istnieje. Będzie to piekło.

Skąd u mnie taka wiara? Trudno mi samej odpowiedzieć na to pytanie. Ale jedno jest pewne. Lubię szukać odpowiedzi na te trzy kluczowe pytania – skąd się wziąłem, co tu robię i dokąd zmierzam. To mnie popycha do tego, aby szukać odpowiedzi. Szukam ich w różnej ciekawej literaturze, w swoim życiu, ale również szukam tej prawdy o sobie w samym sobie. A mój boski pierwiastek mnie odpowiednio prowadzi.

To wiara była tym, co pozwoliło mi przejść przez ten bardzo trudny etap w życiu, jakim było odchodzenie Taty.

Mam nadzieję, że mi wybaczycie tak długi wpis, ale temat jest na tyle złożony, a do tego tak istotny, że postanowiłam spojrzeć na niego nieco szerzej.

 

 

Finalne starcie – brak przegranych

 

Przyszła niedziela a wraz z nią odezwała się stojąca już od wielu miesięcy tuż obok nas śmierć. Było już z Tatą bardzo źle. Wieczorem już wszyscy wiedzieliśmy, że to ostatnie nasze wspólne godziny. W tej ostatniej godzinie, dosłownie i w przenośni, wszyscy razem trzymaliśmy się za ręce. Wiem już co tak naprawdę oznacza określenie, że ktoś umierał na czyichś rękach. To wielkie błogosławieństwo móc tego doświadczyć. To również niezapomniana lekcja na temat życia i umierania. Tato nie mógł już mówić, ale jego oczy i dotyk mówiły wszystko.

Nigdy tego nie zapomnę. Człowiek jest tak genialnie skonstruowany, że nawet po wielu miesiącach i latach jest w stanie dokładnie odtworzyć sceny z przeszłości. Nie tylko obrazy, ale i dźwięki, zapachy, czy fakturę. Pamiętam ciężki oddech Taty, lepkość Jego skóry. Pamiętam jak wspierał swoją głowę na moim rękach. Pamiętam wreszcie mocny uścisk jego dłoni, pomimo że teoretycznie już nie miał w sobie dużo siły. Pamiętam Jego spojrzenie, pełne miłości, a zarazem trochę nieodgadnione.

Pamiętam również doskonale swoje uczucia. Pamiętam strach, że zaraz Tato zgaśnie a Jego ciało będzie już tylko ciałem. Pamiętam pytania w głowie o to, co dalej. Ale pamiętam przede wszystkim tą wielką falę miłości, która zaczęła wlewać się do mojego serca, w każdy jego zakamarek. Ta fala miłości została dodatkowo zwielokrotniona poprzez to, że wszyscy trzymaliśmy się razem za ręce, tworząc pięcioelementowy łańcuszek. Przy Tacie były wszystkie najważniejsze osoby w Jego życiu. Żona, z którą założył ponad trzydzieści lat wcześniej rodzinę oraz trójka Jego Dzieci, które wspólnie ze swoją żoną wychowywał. A miłość, ta dobra energia, wciąż buchała.

Na koniec, w ostatnich minutach i sekundach życia Taty, wspólnie modliliśmy się za Niego. Jestem przekonana o tym, że ta modlitwa pozwoliła mu bezpiecznie przejść na ten drugi brzeg. Wreszcie Tato wydał ostatnie tchnienie. Nigdy nie zapomnę tego ostatniego oddechu Taty. To taki odgłos, jakby człowiek doznał wielkiej ulgi, tuż przed zaśnięciem na zawsze. A potem przychodzi cisza, która trwa, i trwa, i trwa…

 

 

Już nic nigdy nie będzie takie samo

 

Po śmierci Taty wszystko się zmieniło i już nic nigdy nie będzie takie samo. Cała nasza Rodzina musiała na nowo poukładać sobie swoje życie. Teoretycznie bez Taty, ale tak naprawdę z Tatą po tej Drugiej Stronie, bo naprawdę wszyscy głęboko wierzymy w to, że Tato dalej przy nas trwa. Jego miłość dalej w nas jest i jest ona przedłużeniem Jego życia, tego, które znaliśmy i które dawało nam wszystkim poczucie bezpieczeństwa. Dostaliśmy wiele znaków, które potwierdzają, że Tato jest blisko. O nich też kiedyś napiszę…

Chcę jeszcze na koniec napisać, że zdaję sobie sprawę z tego, że nie zawsze w człowieku zostaje po traumie odchodzenia kogoś bliskiego miłość. Czasami rodzinne relacje są na tyle zawiłe, a samo odchodzenie bliskiego tak bolesne, że trudno szukać w śmierci bliskiego pozytywów. Ale jednocześnie głęboko wierzę w to, że to od nas samych, naszego nastawienia i pracy nad sobą zależy to, jak rozliczymy się z przeszłością. Czasami tej pracy trzeba dużo więcej niż przeciętnie. Ale jeśli tak jest, to zawsze będę zachęcać  do tego, aby szukać w sobie miłości. Jeśli po ludzku wydaje się to być niemożliwe, to możemy zawsze prosić o potrzebne siły Tego na Górze. On kocha nas tak, że nic nie jest w stanie zniszczyć Jego miłości do nas.

 

 

4 Komentarze

  1. Nic dodać nic ująć. ..

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany


Wymagane