Blog Kochane Dzieci

Ma raczkować czy nie? – oto jest pytanie

stopki

Witajcie po dłuższej przerwie! Dzisiaj będzie kilka słów o raczkowaniu. To bardzo istotny temat, bo to jedna z tych umiejętności dziecka, która może wpływać na szereg innych rzeczy tak naprawdę w całym jego późniejszym życiu. Chcę się z Wami podzielić naszymi doświadczeniami w tym temacie i opowiedzieć również trochę o rehabilitacji, której miały okazję doświadczyć nasze dzieci. Spróbuję również rozwiać wątpliwości i odpowiedzieć na pytanie zadane w tytule wpisu – czy dziecko powinno raczkować czy nie musi? Życzę miłej lektury!

 

 

 

Raczkowanie, przewracanie się z brzuszka na plecy i odwrotnie, leżenie na brzuszku, pełzanie, te tematy spędzają sen z powiek części młodych rodziców. Gdy człowiek dopiero zaczyna swoją przygodę z byciem rodzicem, ma mnóstwo pytań wraz z tym, jak mijają kolejne miesiące życia niemowlaka. Pyta, szuka. Często szuka odpowiedzi w sieci, bo to dość prosty sposób na otrzymanie odpowiedzi. No i co otrzymuje? Na forach czyta o doświadczeniach innych rodziców, a na różnych stronach czyta o modelowym rozwoju dziecka. Efekt – często kolejne zmartwienie, że jego dziecko nie rozwija się ‘tak jak powinno’, zamęt w głowie i próba dokładnego ustalenia, co, kiedy i jak jego dziecko powinno potrafić.

W tym wpisie chciałabym się z Wami podzielić swoimi doświadczeniami w temacie raczkowania moich maluszków. Napiszę też trochę o tym, kiedy nasze dzieci zaczęły chodzić. Mówię o doświadczeniu, które wynika z tego, że nasze dzieci nie rozwijały się według ‘standardu’, ale w swoim własnym tempie. Ale za nami również okres rehabilitacji naszych dzieci, rehabilitacji której nadrzędnym celem było nakłonienie dzieci do raczkowania. O tym też chcę koniecznie napisać. Ale po kolei…

 

 

Syn – trudny uczeń

 

Nasz syn miał duży problem z tym, żeby leżeć na brzuszku. Mijały kolejne miesiące, a on wciąż robił tzw. ‘samolocik’ (pewnie każdy rodzic który się z tym zetknął będzie wiedział o co chodzi). Ręce w górę i lekko odchylone do tyłu. Pani rehabilitantka (w momencie rozpoczęcia rehabilitacji) powiedziała nam, że to normalne, ale dla małych dzieci, które w ten sposób zbierają ‘doświadczenie’ z otoczenia. Ale im starsze dziecko, tym ten proces powinien zanikać. Pamiętam, że nawet mając już ponad pół roku synek dalej robił samolocik, tkwiąc przy tym ciałkiem w jednym punkcie. Czuliśmy, że coś jest nie tak, ale dopiero po nitce do kłębka i uznaliśmy, że konieczna jest rehabilitacja.

Dopiero teraz, analizując na spokojnie jego przypadek, możemy mniej więcej określić, co mogło być przyczyną takiej sytuacji (to przypuszczenia, bo jak było naprawdę pewnie się nie dowiemy);

– synek miał za sobą trudny poród, który zakończył się cesarskim cięciem, był lekko niedotleniony, co pokazało usg przezciemiączkowe (niestety nikt w szpitalu nam nie powiedział, że warto w pierwszych miesiącach życia zrobić mu to badanie i zrobiliśmy je dopiero gdy miał mniej więcej pół roku); to mogło spowodować, że później rozpoczynał kolejne fazy rozwoju ruchowego

– synek nie lubił leżenia na brzuszku, płakał mocno, a my chcąc mu ‘oszczędzić cierpień’ unikaliśmy kładzenia go w tej pozycji, tym samym nie daliśmy mu szansy, aby polubił taki rodzaj aktywności i się do niego przyzwyczaił, to było niestety błędne koło (dlatego gorąco zachęcam mamy, aby jak najczęściej kładły swoje pociechy na twardym podłożu, a niekoniecznie tylko nosiły na rękach czy bujały w huśtawkach itp.)

– z perspektywy czasu widzę, że mogliśmy też przy codziennej pielęgnacji i noszeniu dziecka lepiej go stymulować do  robienia obrotów i trzymać go w sposób, który by pomógł zadbać o właściwe ułożenie dziecka, nie prowadzące do pogłębiania się zbyt dużego napięcia mięśniowego (o tym napiszę więcej w dalszej części wpisu)

 

 

Niełatwe organizacyjne początki procesu rehabilitacji

 

Och, mieliśmy sporo przejść w tym temacie. Najpierw sporym problemem było to, aby trafić do miejsca, gdzie rehabilitacja będzie przeprowadzana odpowiednio długo i często. Po otrzymaniu skierowania od lekarza pierwszego kontaktu zapisaliśmy się w kolejce do rehabilitacji. Po dość długim okresie oczekiwania na wolne miejsce okazało się, że synek ‘dostał’ pięć spotkań z panią rehabilitantką. Gdy próbowałam wyjaśnić sytuację, dlaczego tylko tyle, otrzymałam odpowiedź, że dziecko nie jest w bardzo złym stanie, a w ogóle to by przysługiwało mu więcej spotkań, gdybym była na przykład niepełnosprawna, ja jako matka. Złapałam się za głowę, wychodząc od lekarza kierującego na rehabilitację z płaczem. Już wtedy byłam w kolejnej ciąży a synka wciąż musiałam nosić na rękach, co dla tego człowieka nie było żadnym argumentem (oby było jak najmniej takich placówek i takich lekarzy!).

Od pani rehabilitantki (na którą jeszcze przed rehabilitacją umówiliśmy się na prywatną wizytę domową, oczywiście odpłatną, a która potem prowadziła rehabilitację synka w przychodni państwowej) dowiedziałam się również, że tak naprawdę to nie ona, ale ja powinnam rehabilitować swoje dziecko, ona mi może tylko dać wskazówki. Oczywiście rozumiem, że praca rodzica z dzieckiem w domu ma ogromne znaczenie, ale nie może być jedyną, bo przecież rehabilitant najlepiej wie co i jak robić i powinien on być przewodnikiem w całym procesie!!!

Byłam nieco podłamana, bo synek był coraz starszy a jego rozwój coraz bardziej odbiegał od przeciętnej. Miał już jakieś 8-9 miesięcy, a dalej nawet nie obracał się z brzuszka na plecki i odwrotnie i wciąż robił ten nieszczęsny samolocik! Niby wszyscy uspokajali, że jest dobrze, ale ja czułam, że synek potrzebuje tej rehabilitacji. I że nie powinnam płacić za to grubych pieniędzy, skoro płacimy z mężem składki na ubezpieczenie i są państwowe placówki prowadzące rehabilitację tak małych dzieci!

Znowu trafiliśmy do lekarza pierwszego kontaktu, aby poprosić o ponowne skierowanie na rehabilitację. Znowu czekał nas okres oczekiwania na swoją kolej. Na szczęście już wtedy szukaliśmy ośrodka tzw. rehabilitacji dziennej, która daje szansę na niemal codzienną rehabilitację, do skutku. Byliśmy już na dobrej drodze! Dziecko nie przebywa na stałe w takim ośrodku, ale trzeba podpisać dokument, który określa że dziecko jest pod opieką tej określonej placówki i w razie ewentualnej potrzeby udania się np. do szpitala trzeba mieć wypis z tej placówki.

 

 

Prawdziwą rehabilitację czas zacząć!

 

Gdy rozpoczęliśmy rehabilitację synek miał już ponad 10 miesięcy. Już na pierwszym spotkaniu dowiedzieliśmy się, że rzeczywiście ma opóźnienie w rozwoju ruchowym, ale wszystko jest do skorygowania. A nadrzędnym celem rehabilitacji, poza oczywiście (używając uproszczonego języka) ‘rozruszaniem dziecka’, jest doprowadzenie go do tego, aby zaczął raczkować! Tak, tak, raczkować! Każde dziecko (poza oczywiście jakimiś bardzo trudnymi przypadkami chorób dziecka) jest w stanie nauczyć się raczkowania i powinno raczkować.

Raczkowanie to bardzo istotna faza jego rozwoju, która wzmacnia mięśnie całego ciała, czy usprawnia koordynację ruchową. Naprzemienne poruszanie rękami i nogami  wpływa na tworzenie się połączeń nerwowych pomiędzy obiema półkulami, dzięki czemu lewa i prawa półkula uczą się współpracować ze sobą (co za tym idzie, raczkowanie wpływa na umiejętność chodzenia, czytania, pisania i tak naprawdę na każdy proces wiążący się z koniecznością synchronizacji ruchów poszczególnych części ciała i synchronizacją pracy obu półkul mózgowych).

Gdyby ktoś wcześniej mi powiedział, że nasze dziecko będzie raczkować, to trudno mi by było w to uwierzyć, patrząc na to, jak opornie szło mu leżenie na brzuszku i jak niechętnie synek podnosił swoje ciałko, aby docelowo przyjąć pozycję do raczkowania. Ciągle od wielu osób słyszałam, że nie każde dziecko musi raczkować i nie każde raczkuje, i że jest to normalne. Może i jest to normalne, ale od pani rehabilitantki (a zwykle staram się słuchać autorytetu z danej dziedziny, a nie przypadkowych opinii osób nie znających danego tematu) dowiedziałam się, że każde dziecko POWINNO raczkować! I niemal każde dziecko (nie licząc tych bardzo trudnych przypadków) jest w stanie osiągnąć tę fazę rozwoju ruchowego.

Dowiedzieliśmy się również, że czasami rodzice, pewnie zwykle nieświadomie, popełniają ten błąd, że bardziej skupiają się na tym, żeby dziecko jak najszybciej chodziło. Stąd chyba to łapanie dziecka za obie rączki i oprowadzanie go. Wszystko jest w porządku, dopóki dziecko samo próbuje to robić i widać, że jego ciało jest gotowe na pionową postawę. Gorzej, gdy jest to wymuszone przez rodzica. Wtedy dzieje się to zwykle ze szkodą dla dziecka. Usłyszałam ważne słowa od pani rehabilitantki –  najważniejsze jest przygotowanie dziecka do raczkowania i niech ten proces trwa jak najdłużej. Dziecko w swoim życiu jeszcze ‘zdąży się nachodzić’, ale raczkowanie to tylko pewien krótki etap, ale bardzo kluczowy dla dziecka i warto, aby dziecko go przeżyło!

Rehabilitacja trwała kilka ładnych tygodni. Spotykaliśmy się z rehabilitantką niemal codziennie przez ten okres. To spowodowało, że synek zaczął się przyzwyczajać do nowych ćwiczeń i pozycji, a potem mogłam na spokojnie powtarzać je z synkiem w domu. Nie było tygodniowego okresu przerwy, który może kompletnie wybić dziecko z nadanego rytmu. Synek miał różne ćwiczenia stymulujące – ćwiczenia na piłce lekarskiej, zabawy stymulujące go do podporów i przygotowujące do siadania (najgorsza rzecz to sadzanie dziecka i obkładanie jego ciałka poduszkami, w momencie gdy jego ciało w ogóle nie jest na to gotowe; my niestety przy synku ten błąd popełniliśmy, oczywiście wynikało to z naszej niewiedzy), ćwiczenia stymulujące ruchy naprzemienne dziecka, wzmacniające poszczególne mięśnie i szereg innych.

To był trudny, ale bardzo owocny czas. Było przy tym i sporo płaczu i sporo radości. Ale przede wszystkim była solidna praca pani rehabilitantki i ciężka praca naszego synka! Chylę czoła przed jej podejściem zarówno do dziecka jak i do wykonywanych obowiązków. Dzięki tej pracy synek dokładnie na trzy dni przed pierwszymi urodzinami zaczął raczkować! I raczkował pół roku! Dopiero mając półtora roku zaczął chodzić odrywając rączki od mebli. I zdążył się nauczyć chodzenia, i już wspaniale biega jak inne dzieci. Ale procesu raczkowania, który w jego przypadku trwał całe pół roku, nikt mu nie odbierze!

 

 

Córeczka – mała powtórka z rozrywki

 

Z córeczką było już trochę inaczej. Nie chcę znowu dokładnie przytaczać całej naszej przygody z raczkowaniem. Chcę tylko wyłuskać z tej opowieści kluczowe rzeczy, odmienne od przygody którą mieliśmy z synkiem.

Córeczka była dużo bardziej ruchliwa niż synek. Lubiła leżenie na brzuszku, co w naszej ocenie pozwalało nam sądzić, że w jej przypadku z raczkowaniem nie będzie większych problemów. Jako wcześniak była monitorowana przez neurologa (podobnie jak synek). Ten również ocenił, że przyda się opinia rehabilitanta. Dodam, że zarówno w przypadku córeczki jak i synka diagnozą lekarza było zbyt duże napięcie mięśniowe. Oczywiście w przypadku córeczki już mieliśmy przetarte ścieżki i udaliśmy się do tego samego ośrodka rehabilitacji dziennej, w której rehabilitowany był synek. Tak naprawdę sądziliśmy, że odeślą nas z kwitkiem twierdząc, że po prostu musimy spokojnie czekać na raczkowanie córki.

Ale tu znowu zaskoczenie – będzie również rehabilitowana! Co za zrządzenie losu! Ale wiedzieliśmy, że jest w dobrych rękach więc czemu nie. Ja sobie nie mogłam za bardzo podarować jednej rzeczy – niewłaściwe noszenie synka (czyli trzymanie go na rękach w pozycji pionowej gdy jeszcze nie siedzi, zaraz o tym napiszę więcej) nic nas nie nauczyło i dalej ten sam błąd popełnialiśmy przy drugim dziecku. No bo przecież sądziliśmy, że z córką jest wszystko w porządku (ładnie się podpierała rączkami leżąc na brzuszku) i takie ‘obchodzenie się z nią’ nie niesie żadnych negatywnych skutków.

Dopiero potem zobaczyliśmy, jak bardzo się myliliśmy. Ale na szczęście córeczka była coraz sprawniejsza w ruchach. Po niedługim czasie zaczęła pełzać. Kłopotem było dla nas (chyba głównie dla mnie, bo ja stale twierdziłam, że powinna raczkować) to, że pełzanie u niej nie było naprzemienne (czyli obie rączki przemieszczała jednocześnie, a nie raz jedną raz drugą) i lubiła je dużo bardziej niż pozycję do raczkowania. Dodatkowo córeczka już zaczęła próby podnoszenia, a raczkowania dalej nie było. Dlatego też próbowałam na wszelkie sposoby ją nakłonić do tego, żeby podniosła pupkę i ruszyła do przodu. Czasami to komuś wydawało się komiczne, ale ja wiedziałam swoje. Oczywiście nie chodziło o robienie tego wbrew dziecku, aby miało potem jakieś niemiłe doświadczenia z tego tytułu, ale dopóki była okazja, to staraliśmy się ją wykorzystać.

Córeczka zaczęła stopniowo coraz więcej raczkować, ale dalej zmieniała pozycję i z raczkowania przechodziła do pełzała, aż wreszcie przekonała się, że jednak raczkowanie pozwala jej na więcej i jest fajniejsze:) Raczkowała równie dość długo, bo jakieś 4 miesiące, aż wreszcie mając rok i dwa miesiące stanęła na nogi i zrobiła samodzielnie pierwsze kroczki. Oczywiście później wszystko poszło jak burza.

 

 

Podsumowując cały ten wpis, chciałabym na koniec wypunktować kilka ważnych spraw, które odnoszą się do odpowiedniego przygotowania dziecka do raczkowania (i późniejszego chodzenia). Wynikają one z naszych osobistych doświadczeń jak również z wiedzy, którą przekazała nam pani rehabilitantka, na której moim zdaniem naprawdę warto polegać!

 

Wskazówki dla początkującego rodzica:

– kładź swoje dziecko jak najwięcej na brzuszku; oczywiście na początku będzie to tylko chwila, ale im starsze dziecko, tym więcej powinno w tej pozycji przebywać, aż większość jego aktywności będzie się działa ‘na podłodze’; oczywiście nie zapominaj o częstym przytulaniu dziecka i nawet takich niewinnych masażykach, bo takie działanie również ma swój duży udział w odpowiedniej stymulacji dziecka

 podczas przewijania i wszelkich czynności pielęgnacyjnych jak najwięcej obracaj dziecko na boki (np. gdy zakładasz jeden rękawek koszulki a potem drugi), takie działanie będzie dziecko stymulować do robienia obrotów; gdy unosisz dziecko (np. z przewijaka) to nie rób tego gwałtownie pociągając za rączki aż główka dziecka sama się uniesie, ale delikatnie nawiń sobie dziecko na rękę nakładając nóżkę dziecka na rękę i łapiąc dłonią za przeciwległą pachę, a drugą ręką delikatnie unieś ciałko dziecka (to sposób praktykowany na kursach szkoły rodzenia, ale chyba niedostatecznie doceniany i stosowany później przez rodziców – sami jako rodzice jesteśmy tego przykładem)

– dopóki dziecko samo nie siada, absolutnie sztucznie go nie sadzaj okładając poduszkami itp. (dziecko ma samo siadać a nie być sadzane), tym bardziej takiego dziecka nie bierz na ręce w pozycji pionowej (czyli takiej klasycznej pozycji, kiedy dziecko jest oparte na naszym biodrze) i nie trzymaj zbyt długo w pozycji pionowej przed sobą bardzo małego dziecka (poza sytuacją w której go np. odbijasz po jedzeniu, ale wtedy unoś dziecko jak najwyżej na ramieniu), najlepsze pozycje są takie, gdy dziecko jest ułożone w formę kołyski, z dobrze trzymaną (przez nas, nie przez dziecko!) główką; mięśnie takiego dziecka nie są przygotowane aby dźwigać główkę i ciałko!

– dziecko raczej nie poderwie się z pozycji leżącej do siadu, dlatego zwykle taki proces zaczyna się od leżenia na brzuszku, potem dziecko podpiera się, stale coraz wyżej, na łokciach i rączkach, aż wreszcie przyjmuje pozycję czworaczą i zaczyna raczkować (ew. pełzać, ale najlepiej naprzemiennie), dopiero z tej pozycji dziecko przechodzi do siadu, gdy jego pupa jest przesunięta w jedną lub drugą stronę; dopiero kolejnym etapem jest dźwiganie całego ciałka do pozycji pionowej i stawanie na nóżkach

– dziecko w swoim życiu jeszcze się nasiedzi (zwłaszcza jak kiedyś zostanie prezesem:), nachodzić też się nachodzi, ale raczkowanie już się raczej nie powtórzy w takiej formie; jest to bardzo ważny proces, który wpływa na szereg rzeczy – wzmacnia mięśnie ciała, usprawnia koordynację ruchową i sprzyja powstawaniu połączeń pomiędzy obiema półkulami mózgu, dlatego motywuj dziecko do tego, żeby raczkowało, oczywiście nic za wszelką cenę, ale naprawdę niemal każde dziecko jest w stanie się nauczyć raczkowania, pamiętaj o tym, gdy ktoś próbuje cię usilnie przekonać, że jest inaczej

 nie oprowadzaj dziecka za rączki, zwłaszcza gdy nie jest na to gotowe, pozwól, aż jego mięśnie będą na tyle sprawne, że samo zacznie się podnosić i próbować chodzić; pozycja gdy ciało jest na czterech kończynach jest dla ludzkiego ciała dużo bardziej dobroczynna niż chodzenie na dwóch nogach

– i wskazówka na koniec, bardzo istotna, a często pomijana – każde dziecko rozwija się w swoim własnym tempie i daj mu czas na ten rozwój, staraj się nie porównywać umiejętności swojego dziecka z przeciętną, czy innymi dziećmi; możesz porównywać tylko umiejętności dziecka z chwili obecnej do tego, co było wczoraj czy tydzień temu; oczywiście jeśli czujesz, że coś jest nie tak, to pytaj i dociekaj, bo nikt nie zadba o twoje dziecko tak dobrze jak ty sama

 

Na koniec nie pozostaje mi nic innego niż życzyć wszystkim rodzicom i ich małym-dużym pociechom powodzenia!

4 Komentarze

  1. Zgadzam się w 100% z tym, że każde dziecko rozwija się w swoim tempie i nie można przywiązywać zbyt dużej wagi do statystyk. Często wystarczy dać dziecku trochę więcej czasu i nauczy się wszystkiego co niezbędne. Oczywiście zdarza się, że potrzebna jest interwencja specjalisty i dodatkowe stymulowanie rozwoju dziecka, więc tak jak piszesz nie można też lekceważyć niepokojących objawów. No i najlepiej konsultować się z więcej niż jednym lekarzem, bo niestety nie są oni nieomylni i wszechwiedzący.

    • kochanedzieci

      24 kwietnia 2015 at 14:56

      Tak, każde dziecko ma swój własny rytm i trzeba mu pozwolić, aby rozwijało się w zgodzie z nim. Niestety początkującym rodzicom brak jest trochę takiego dystansu i wiedzy, która pozwoli im cierpliwie czekać na osiągnięcie przez dziecko kolejnych faz rozwoju. Chyba można go dopiero osiągnąć przy kolejnych dzieciach:) Wraz z tym dystansem do wielu spraw przychodzi również większy spokój i luz, które są również bardzo ważne. No i jeszcze jedna rzecz – mamy zwykle są bardziej wyczulone i dlatego często to one (jak to mówią panowie) niepotrzebnie panikują. Ale tak zostałyśmy stworzone, że odbieramy różne niewerbalne sygnały wysyłane przez dziecko. Oczywiście nie dajmy się zwariować drogie Panie, ale oczywiście tak jak wspomniał Andrzej, jeśli czujemy, że coś jest nie tak, to konsultujmy to z lekarzem. Lepiej jest wyolbrzymić jakiś problem niż nie zauważyć pozornie błahej sprawy, która może się okazać dużo bardziej poważna niż początkowo sądziliśmy.

  2. Takich informacji szukałem Pozdrawiam!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany


Wymagane