Blog Kochane Dzieci

Lek na całe zło?

tabletki

 

Uwielbiamy leki. Polacy są pod tym względem niedoścignionym wzorem. W każdym małym i dużym mieście na każdym niemal rogu znajduje się apteka. I wciąż powstają nowe. I co ciekawe nie plajtują!

Co jakiś czas słyszę w mediach, że Polacy kochają ‘leki’. Nawet wczoraj mówiono o tym, że Polacy jedzą leki przeciwbólowe za prawie półtora miliarda złotych rocznie! A to tylko leki przeciwbólowe, czyli kropla w morzu tego, co można dostać w aptece. Już nie tylko w aptece – w kiosku, sklepie i na stacji również.

Powstaje zatem pytanie, czy taki lek naprawdę komuś pomaga? W tym artykule postaram się odpowiedzieć na to pytanie. Jak zwykle będę się wspierać zdobytą wiedzą, obserwacją  oraz własnym doświadczeniem.

 

 

Lek na całe zło

 

Pochłaniamy leki różnej maści. Zaczyna się całkiem niewinnie.

Gdy nas boli głowa czy brzuch, bierzemy tabletkę. Gdy mamy zgagę, bierzemy lek na zgagę. Gdy mamy kłopoty z wypróżnieniem, bierzemy odpowiedni lek. Gdy nas bolą nogi, lekarz czy farmaceuta doradza zakup odpowiedniego preparatu.

Gdy czujemy, że opadliśmy z sił, bierzemy preparat na wzmocnienie. Gdy jesteśmy ospali, aplikujemy lek na pobudzenie. Gdy jesteśmy pobudzeni, na zamroczenie itd.

Gdy czujemy, że nas bierze przeziębienie, sięgamy po cały arsenał leków na katar, kaszel i każdy rodzaj bólu.

Im jesteśmy starsi, tym bardziej nasza apteczka z lekami się zapełnia. Leki są coraz mocniejsze, a my coraz częściej musimy je zażywać.

Jeśli jesteśmy już mocno chorzy, leki utrzymują nas przy życiu i łagodzą ból. ‘Przy życiu’ to dobre określenie, bo z prawdziwym życiem ma to już niewiele wspólnego.

I nikomu nigdy nie przyjdzie do głowy pytanie, czy to naprawdę jest konieczne?! Nie, przecież jak mantrę powtarzamy słowa, że ‘starość się Panu Bogu nie udała’. I nikomu nie przyjdzie do głowy to, że sami do tego dopuściliśmy! Tak naprawdę tak mocno zaniedbujemy własny organizm, że nie trzeba być nawet bardzo starym, aby brać dziesiątki leków.

 

 

Jak coraz częściej umiera człowiek

 

Gdy chorował mój Tato, przez pewien czas leżał na oddziale paliatywnym (akurat wtedy jego stan był bardzo dobry i był chyba jedynym pacjentem, który nie pasował do tego obrazka, potem niestety się to zmieniło).

Widziałam te rzędy ludzi leżących na swoich łóżkach. Zazwyczaj spali, otumanieni silnymi lekami. Gdy już udało się ich dobudzić, kontakt z nimi był ograniczony. Czasami pani pielęgniarka lub ktoś z rodziny próbowali ich nakłonić do zjedzenia czegokolwiek. ‘Czegokolwiek’ to też dobre słowo, bo do jedzenia mieli białą bułkę z plastrem żółtego sera i cały arsenał silnych i drogich leków.

Potem już nikt ich do niczego nie nakłaniał. Leżeli, śpiąc i czasami cicho jęcząc z bólu, czekając na kolejny lek podawany przy użyciu kroplówki. I czekali na śmierć. Nic innego już nie mogło się im przytrafić. Jeśli ktoś miał tę wątpliwą przyjemność odwiedzenia kogoś w szpitalu, wie o czym mówię.

 

 

Byle nie czuć bólu

 

Ale my przecież dalej jesteśmy młodzi, piękni i zdrowi. No, może nie całkiem zdrowi. Ale przecież od tego mamy lekarzy i lekarstwa.

A jak coś nas boli, to łykamy pastylkę i już jest po bólu. Bólu, którego tak bardzo nie lubimy. Bólu, którego się trzeba za wszelką cenę pozbyć. Bo życie nie ma prawa boleć.

Jeśli nas dopadnie przeziębienie, to nikt nie zadaje sobie pytania, czy coś poszło nie tak. Może za mocno się sforsowaliśmy, pracując zbyt dużo i nie dając w ogóle organizmowi szansy na odpoczynek. Może nasze jedzenie nie było najlepszej jakości i gdy przyszedł pierwszy lepszy jesienny wirus, to rozłożył nas na łopatki. Może dużo mieliśmy stresu przez ostatni czas, zamartwiając się o przyszłość i analizując przeszłość.

A gdyby tak zadać sobie pytanie ‘Co oznacza ten ból i co mi chce powiedzieć?’. Może właśnie mi mówi, że powinnam zadbać bardziej o swoją wątrobę, może podpowiada, że trzeba raz na zawsze zakończyć bolesny rozdział z przeszłości, może szepce, że warto się troszkę rozluźnić i nie zamartwiać tak o wszystko.

Ale nie, my nie możemy tego zrobić. My żyjemy w pędzie i na takie głupie rzeczy, jak rozmowa z samym sobą, nie mamy zwyczajnie czasu (pomijając, że to w ogóle jest głupie)!

 

 

Leki już nie tylko z apteki (i nie tylko na receptę)

 

Kiedyś gdy nas coś bolało, to szliśmy do lekarza i ten przepisywał receptę. Dzisiaj możemy kupić lek od razu i nie potrzeba do tego mieć żadnej recepty.

I trzeba by tu zrobić od razu rozróżnienie między lekiem a suplementem. Bo coraz częściej łykamy nie leki, ale coś, co lek przypomina. Suplementy nie potrzebują recept i nie potrzebują skomplikowanych badań zanim się je wypuści na rynek.

Można zatem w pastylce zamknąć wyciąg z czegoś tam i powiedzieć, że można to stosować (najlepiej regularnie i w dużych ilościach, aby zaraz sięgnąć po kolejne pudełko), aby zrobiło się cierpiącemu lepiej. Czy tak się stanie? Pewnie nie i pewnie będzie coraz gorzej, ale przynajmniej zagłuszy się wyrzuty sumienia, że nie dba się o siebie.

 

 

Czy lek leczy?

 

Z mojej perspektywy i według mojej najlepszej wiedzy lek nie leczy.

Nie chcę tu degradować autorytetu doświadczonych i wspaniałych lekarzy, którzy używając leków walczą o czyjeś życie. Albo łagodzą ból pacjentów, ból który bywa nie do zniesienia.

Ale lek tak naprawdę tylko eliminuje objaw choroby. Jeśli jakiś narząd Twojego ciała jest zniszczony i nie pracuje tak jak trzeba, lek pomaga w tym, aby uzupełnić ten brak. Lek pozwala nam również odciąć się od źródła bólu.

Nie oznacza to jednak, że lek w jakiś sposób nas leczy. Lek nie uzdrowi chorej wątroby, ale pozwala organizmowi jako tako funkcjonować, zastępując część z pełnionych przez nią funkcji.

 

Prosty przykład:

Od ponad trzech lat nie biorę żadnych leków. Żadnych. W czerwcu tego roku jednak miałam problem z alergią. Alergii tak łatwo nie da się całkowicie wyleczyć, a przynajmniej potrzeba na to dużo więcej czasu. W czerwcu coś widocznie pyliło, a ja byłam w samym centrum tego czegoś.

Przez trzy dni próbowałam obejść się bez leku na alergię, ale kiedy oczy mi tak łzawiły i tak szczypały, że nie mogłam już ich otworzyć, sięgnęłam po pudełko z sześcioma magicznymi pigułkami (zużyłam ich ze 3). Już po kilku godzinach od zażycia pierwszej z nich poczułam, że wszystko wraca do normy.

No właśnie, czy w ciągu tych kilku godzin doznałam cudownego ozdrowienia?

Nie, wiadomo, że to bujda. Po prostu powiedziałam swojemu organizmowi ‘słuchaj, coś jest nie tak i to widzę, jakiś delikatny proces w moim ciele został zaburzony, a ty mi dajesz takie oznaki. Coś z tym trzeba zrobić, chyba się muszę zatroszczyć o ciebie jeszcze lepiej, ale teraz pozwól na to, że wezmę pastylkę, która pozwoli mi jako tako przetrwać ten trudny czas’.

 

 

Czy coś jest w stanie nas uleczyć?

 

Teorii pewnie jest cała masa. Ja mam swoją i jeśli pozwolisz, to Ci ją zaraz przedstawię.

Jedynym prawdziwym lekarstwem jest boża apteczka (czyli wszystko to co rośnie i co Stwórca nam dał, aby nas żywić i leczyć) oraz nasz organizm, który ma niesamowite właściwości samoleczenia. Jednak jedząc niezdrowo, zamartwiając się, zarywając noce, czy ciągle bodźcując nasz zmęczony organizm, wciąż mu w tym przeszkadzamy!

Jednak proces zdrowienia jest o wiele dłuższy, niż łyknięcie tabletki i zapomnienie o całym złu, które się nam przytrafia. A że my kochamy natychmiastowy efekt, to sięgamy po natychmiastowe środki. Środki, które nas wcale nie leczą, ale eliminują objaw choroby. A my tylko cieszymy się, że ‘tak dobrze trafiliśmy z tym lekiem’.

Moim zdaniem słowo ‘lek’ nie jest tu na miejscu i zwyczajnie nas oszukuje, że ta pastylka, ten syropek czy cokolwiek innego nas leczy.

 

 

Nadużywane antybiotyków

 

Nadużywamy leków. Wszystkich leków. I problem nie byłby tak palący gdyby nie to, że nadużywane leki są coraz większego kalibru. Coraz częściej bez żadnego wahania sięgamy na przykład po antybiotyki – silny środek, który powinien być zarezerwowany dla naprawdę ciężkich przypadków. Niszczymy naszą florę bakteryjną i jeszcze bardziej osłabiamy nasz system odpornościowy, który sam z siebie potrafi walczyć z intruzem z zewnątrz.

Nasz organizm po pewnym czasie przyzwyczaja się do leku – przestaje on na niego działać i potrzebuje coraz większych dawek dla uzyskania tego samego efektu.

A lekarze, nie wiem na ile świadomie, coraz częściej przepisują antybiotyk! Nawet w sytuacjach, gdy nie jest to potrzebne albo wręcz jest to nieskuteczne (pamiętajmy, że antybiotyk działa na bakterie, ale na wirusy już nie!). Autorytet lekarzy działa jednak na tyle skutecznie, że nie próbujemy nawet polemizować z decyzją lekarza.

Tak jak ja nie dyskutowałam z decyzją pewnego lekarza dermatologa, który przepisywał mi przez pół roku antybiotyk z powodu trądziku. A ja go łykałam i nie było żadnej poprawy! Ale dopiero dzisiaj wiem, że taka walka była z gruntu przegrana i jeszcze bardziej osłabiła mój organizm.

 

 

Wziąć własne zdrowie we własne ręce

 

Jeśli chcemy skutecznie się leczyć, to warto wziąć sprawy w swoje ręce. Tak jak ja jakiś czas temu. Dbam o to, aby organizm mój, męża i naszych dzieci sam sobie radził z przeziębieniem, ewentualnie używamy naturalnych wspomagaczy w walce z przeziębieniem (o nich napiszę za tydzień).

Już dwa razy się zdarzyło, że mąż się przeziębił i poszedł do lekarza. Ten przepisał mu antybiotyk. Powiedziałam mężowi, żeby ich nie wykupywał i po prostu trochę odpoczął (co nie jest łatwe przy dwójce maluchów, ale jeśli ma się zwolnienie z pracy to jest o to trochę łatwiej). Już następnego dnia mój mąż czuł się jak nowo narodzony, oczywiście nie biorąc jakichkolwiek leków!

Odkąd zdrowo jemy, nasze zdrowie ma się coraz lepiej. Praktycznie przestaliśmy chorować.

 

 

Leki już dla małych dzieci

 

Już od małego jemy leki. Stało się normalne to, że gdy przychodzi tzw. sezon przeziębieniowy, to dziecko zaraz jest chore i dostaje stos leków.

Uwierzcie, to nie jest normalne i nie musi tak być!!! Jeśli Wasze dziecko często choruje, to coś może jest nie tak z jedzeniem, które dostaje, a nie z nim samym!!!

Niepokojące jest to, że leki przepisuje się już bardzo małym dzieciom. Nie tylko na przeziębienie, ale również na dolegliwości związane na przykład z nadpobudliwością, czy brakiem apetytu!

Kiedyś myślałam, że ktoś żartuje, mówiąc o podawaniu leków na wyciszenie małym dzieciom. Dopóki sama nie byłam świadkiem rozmowy, jak mama opowiadała o tym, że swojemu pięciolatkowi podaje, jak to określiła, ‘lek na delikatne wyciszenie się’! Halo, o co tutaj chodzi??!!!!

Jeśli dziecko ma problemy natury emocjonalnej, to może warto poświęcić mu więcej uwagi? Może warto odciąć go od gier i telewizji i przestać ciągle bodźcować kolorowymi obrazami?! Może warto zmienić mu dietę i wyeliminować cukier, który powoduje nagłe skoki energii?!

Wszystko tylko nie lek!

 

 

Jak żyć panie premierze?

 

Nie chcę absolutnie osądzać rodziców, bo ktoś może być po prostu nieświadomy pewnych zależności, ale chcę mocno przestrzegać przed trudnymi do udźwignięcia konsekwencjami faszerowania lekami już bardzo małych dzieci!

Jeśli chodzi zaś o przeziębienie, to byłabym bardzo ostrożna w braniu leków. Oczywiście, jak już się poważnie zachoruje, to czasami bez leków się nie obędzie. Ale nie mówmy potem, że dziecko nabywa odporność chorując i biorąc leki. Odporność można nabyć tylko wtedy, jeśli zaatakowany przez drobnoustroje organizm własnymi siłami zwalczy infekcję.

Najskuteczniejszą metodą w walce z chorobą jest po prostu zapobieganie jej – przez rozsądne odżywianie i spokojniejsze, pełne miłości życie.

 

Bądźmy zatem ostrożni i używajmy leki tylko tam, gdzie to naprawdę niezbędne. I nie traktujmy ich jako metody na pozbycie się wszelkich dolegliwości. Czasami nawet dobrze, że coś nas boli, bo to sygnał od organizmu, że coś trzeba w swoim życiu czy postępowaniu zmienić. I niekoniecznie chodzi tu o wybór odpowiedniego lekarstwa!

4 Komentarze

  1. Hej:-) Fajnie, że poruszyłaś ten temat. Mnie też ostatnio przeraziła wiadomość na temat ilości spożywanych leków przeciwbólowych! W ogóle jestem przerażona ilością tych wszystkich specyfików i suplementów, już nie mówiąc o, swego czasu, wyśpiewywanych odach do tabletek, syropków itp. Pojawia się w głowie obraz utopijnego świata, w którym na każdą dolegliwość jest szybki i bezbolesny sposób, oczywiście, bez skutków ubocznych. A każdy specyfik gwarantuje po prostu szczęście.
    Mnie też zadziwia to, że wzdłuż jednej ulicy obok siebie otwierane są kolejne apteki i każda ma się dobrze!
    Co do bólu i poczucia dyskomfortu też się z Tobą zgadzam – to oznaka, że coś jest nie tak, że coś trzeba zmienić, że czas się zatrzymać i poświęcić trochę czasu sobie, zadbać o siebie. A my często traktujemy nasze organizmy jak niezniszczalne roboty.
    Swego czasu, kiedy chodziłam na zajęcia jogi, dowiedziałam się, że wykonanie odpowiedniej asany całkowicie niweluje lub znacznie redukuje różne bolączki, np. ból głowy, bóle menstruacyjne i inne. I to naprawdę działa! Zastanawia mnie, dlaczego nikt nam o tym wcześniej nie mówił. Dlaczego nie uczy się takich rzeczy choćby na lekcjach wychowania fizycznego?
    Ja też wolę najpierw spróbować wszystkich znanych mi „domowych sposobów”, a poźniej ewentualnie sięgnąć po coś silniejszego.
    Pozdrawiam Cię serdecznie i dużo pozytywności życzę:-)

    • Cześć Jume! Dzięki za Twój cenny komentarz! Podpisuję się pod wszystkim, co napisałaś! Wiesz, już praktycznie nie oglądam reklam, bo po prostu rzadko oglądam tv, a jeśli już to robię, to od razu przełączam na inny kanał albo ściszam radio. Ale teraz na wszystkie reklamy patrzę przez pryzmat drugiej strony – widzę już cały ten sztab specjalistów, którzy budują całe to ‚story’ w zależności od tego, do kogo reklama ma być skierowana – bazują na tym, co dla konkretnej grupy docelowej jest ważne i potem robią ‚promise’, że osiągniesz to, jak połkniesz daną pastylkę czy zjesz batonik – to wielkie oszustwo, ale to taki majstersztyk (i zwykle kosztuje duuużo pieniędzy), że większość z nas się na to nabiera. Jeśli chodzi zaś o jogę, to zgadzam się, że jest wspaniała! Właśnie dlatego wracam dzisiaj na zajęcia z jogi po wakacyjnej przerwie, bo już kości mi się zastały:) Tak, swoją drogą to ciekawe, że wszystko się nam poprzestawiało – coś, co leczy, uznajemy za zabobony. Nawet ktoś mi kiedyś opowiadał o sytuacji w aptece – pacjent chciał wykupić receptę, ale jak się dowiedział, że lek kosztuje 2 zł, to się roześmiał i powiedział, że on potrzebuje prawdziwego lekarstwa, a nie jakiegoś tam leku za 2 zł:) Tak, uważamy, że tylko drogi lek i że tylko lek może nas cudownie uzdrowić, zapominając, że prawdziwe lekarstwa mamy na wyciągnięcie ręki i to całkowicie za darmo:) Mam jednak nadzieję, że coraz więcej ludzi będzie zdawać sobie sprawę z tego, że nie wszystko złoto co się świeci:) Również Cię pozdrawiam i życzę udanego tygodnia!

      • He, he, dobra historia z tą receptą;-)
        Ja ostatni raz na jodze byłam jeszcze przed ciążą, ale tak mi jej brakuje, że postanowiłam wrócić do ćwiczeń (oj, będzie bolało!;-)), na razie w domu.
        Patrycja, orientujesz się od kiedy można dawać dzieciom do picia rooibosa? A w ogóle dajesz go swoim dzieciom?

        • Za mną już pierwsza lekcja jogi i było cudownie:) Ja uwielbiam spokojniejszą wersję jogi, podczas której można rozciągnąć zastałe kości. Nie wiem jak prowadząca to zrobiła, ale idealnie dopasowała ćwiczenia do moich potrzeb:) Jume, jeśli tylko masz taką możliwość, to wygospodaruj sobie te półtorej godziny i pędź na jogę – im dłużej się zwleka, tym trudniej zacząć:) Co do herbatek, to wiesz, moje dzieci głównie piją wodę (tak jakoś się przyzwyczaiły, że w domu piją głównie ją). Z informacji z Internetu wynika, że już rocznemu dziecku można podać rooibos, pewnie uważając, żeby nie była zbyt intensywnie zaparzona. Polecam też delikatne herbatki z mięty czy koperku – dla siebie i dziecka – oczywiście bez cukru! Jeśli nie przyzwyczai się dziecka do słodzenia i w ogóle słodyczy, to naprawdę powinno polubić taką herbatkę – moja córka pije ją bez żadnego grymasu na twarzy!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany


Wymagane