god

Dzisiaj poruszę nieco trudny i delikatny wątek, czyli temat naszej wiary. Postaram się go ugryżć z nieco innej strony niż zwykle się to robi. Celem artykułu będzie nakłonienie Was do reflekcji nad tym, w jakiego Boga wierzycie. Bo każdy z nas, bez wyjątku, w coś wierzy, choćby określał siebie jako ateistę. Będzie zatem trochę o różnych bożkach, ale i o tym, że Bóg to nic innego niż… MIŁOŚĆ! I o tym, ze tylko miłość może nam dać prawdziwą radość i spokój ducha.

 

 

Bóg. Temat na czasie. Przed nami Święta. Obecnie dla niektórych okres zadumy, postanowień i wyrzeczeń oraz przygotowanie na cud Zmartwychwstania. Trudne tematy do ugryzienia, zwłaszcza w czasach, kiedy liczy się pośpiech, ilość a nie jakość, kiedy ‘nie ma czasu’, aby zatrzymać się chociaż na chwilę i zastanowić nad sensem życia.

Temat trochę trudny, bo jak tu powiedzieć coś mądrego, gdy ma się nadal większość życia przed sobą. Temat kontrowersyjny, bo  jak tu coś powiedzieć i nie obrazić czyichś przekonaniach, zwłaszcza z tak delikatnej sfery naszego życia, jaką jest wiara.

A jednak  spróbuję się podjąć tego zadania. Nie po to, aby się wymądrzać, czy przekonać kogoś do swoich racji. Nie taki jest mój cel. Celem będzie to, aby ten tekst nakłonił kogoś do zadania sobie pewnych pytań, które może już dawno zostały odłożone na półkę i zarosły kurzem. Do wstrząśnięcia trochę czyimiś poglądami i do podjęcia próby weryfikacji dawnych założeń.

 

 

Czy i jaki Bóg jest obecny w Twoim życiu?

 

Czy Bóg w ogóle istnieje w Twoim życiu? Czy temat wiary jest obecny w Twoich codziennych rozważaniach, decyzjach, działaniu? Czy rolę Boga nie przejęły może inne ‘rzeczy’. Bo dzisiaj mamy do czynienia z wieloma bożkami, które roszczą sobie prawo do bycia Panem wszystkiego i wszystkich.

Może Twój na wskroś logiczny umysł kazał Ci odrzucić wszystko co boskie, z racji że jest to coś niematerialnego, w coś co się tylko wierzy, a nie można tego dotknąć? Może twoja znajomość zaawansowanych nowinek z dziedziny nauki nakazuje Ci zaprzeczyć tym wszystkim ‘zabobonom’, w które wierzy ‘ciemnota’, która tylko próbuje w ten sposób porządkować jakoś swój świat.

Może wierzysz w życie jako takie, to które znasz, ale tylko do momentu śmierci człowieka. Skoro nie możesz pojąć tego, co się dzieje z duszą człowieka po śmierci ludzkiego ciała, jeśli w ogóle przyjąć jej istnienie, trudno wyrokować czy to ‘po’ istnieje. A skoro nie wiesz tego na 100%, to skupiasz się na życiu tu i teraz. Próbujesz wyssać z niego jak najwięcej dla siebie, bo nie wiesz, czy będzie jeszcze ku temu okazja. Czasami wysysasz nawet energię z innych ludzi, bo tak naprawdę liczysz się ty i twoje dobre samopoczucie. A wszelkie kłopoty są po to, żeby je omijać. Ucinasz relacje, które by się wiązały z podjęciem zbyt dużego wysiłku z twojej strony lub w ogóle ich nie podejmujesz.

A może w ogóle starasz się nie myśleć i nie podejmować żadnych rozważań. Bo to zbyt trudne, czasami zbyt bolesne. Masz przecież różne używki, które gwarantują Ci pozorny spokój umysłu, bo nie dają Ci chwili na jakąkolwiek refleksję. A używek może być naprawdę bardzo dużo. Wielu z nas pewnie uczyło się w szkole o używkach typu alkohol, papierosy, narkotyki. Ale do tego grona możemy zaliczyć szereg innych, w tym pracoholizm, seksoholizm, uzależnienie od leków, przekierowanie życia wyłącznie na zarabianie pieniędzy i robienie kariery, czy szukaniu wszelkich okazji, jak tu ‘zrobić sobie dobrze’.

 

 

Nie mam czasu na myślenie o Bogu

 

Czym w ogóle jest uzależnienie? To stan, w którym nie masz kontroli nad danym czynnikiem, ale to on ma kontrolę nad tobą. Jaki może być podświadomy cel tego, że coś zaprząta stale naszą głowę i my się na to zgadzamy? Celem jest przestać myśleć. Wyłączyć myślenie. Przestać zadawać trudne pytania samemu sobie. Przestać dociekać, kim jestem, po co tu jestem, skąd się wziąłem i dokąd zmierzam… Przestać pytać o sens wszystkiego co robię. Bo to zbyt trudne i nie wiadomo, czy by nie zrobiło niepotrzebnej rewolucji w moim życiu…

Czy nie macie czasami takiego uczucia, że wydaje się Wam, że wciąż jesteście tacy zajęci, że nie macie ani chwili w ciągu dnia na to, aby usiąść i chwilę pomyśleć? No bo przecież jest tyle rzeczy do zrobienia, że naprawdę takie pozorne nic nierobienie nie jest możliwe! Nie ma czasu, by wieczorem podsumować swój dzień. Aby zastanowić się nad swoimi krótko- i długookresowymi planami na przyszłość. Aby zweryfikować, czy obrana ścieżka jest tą właściwą. Aby zastanowić się, co tak naprawdę jest sensem życia i co w długiej perspektywie czasu będzie miało znaczenie. Wreszcie co jest dobre, nie tylko dla nas, ale dla naszych rodzin i wszystkich osób, z którymi mamy okazję się w życiu zetknąć.

Przecież trzeba iść do pracy, zająć się dziećmi, ugotować, posprzątać, zrobić zakupy, posiedzieć trochę w Internecie czy pooglądać telewizję (pytanie jak wartościowe są to rzeczy z dwóch ostatnich punktów?). Trzeba odkurzyć mieszkanie, posprzątać swoje ciało (codzienny prysznic, czy kąpiel), ale nikt nie zastanawia się nad uprzątnięciem swojego umysłu, a już chyba w ogóle nie zastanawia się nad zrobienie porządku w obszarze swojej duszy (a co to w ogóle jest?)!

I tak sobie chodzimy, funkcjonujemy latami, coraz bardziej upodabniając się do robotów, ściśle zaprogramowanych na robienie określonych czynności. Wciąż tych samych, wciąż bez chwili autorefleksji i wglądu w siebie.

 

 

Jaki jest Twój Bóg?

 

Powracając już do podjętego na początku wątku chcę jeszcze raz zapytać, w jakiego Boga wierzysz? Jak się nazywa Twój Bóg?

Jeśli jednak stwierdzisz, że Bóg istnieje w Twoim życiu, jeśli powiesz, że wierzysz w obecność tego Kogoś, kto nas stworzył i kto wpływa na nasze życie, to zadam Ci kolejne pytanie – jak ten Bóg wygląda?

Czy ma długą brodę i groźne spojrzenie, karcąc cię za wszystko i wytykając najmniejsze przewinienia? Czy się go boisz, czy może jest dla ciebie jak dobry ojciec, do którego możesz się zwrócić w potrzebie? A może to Ktoś, kto ma wypełnić twoją listę życzeń do życia – zdrówko (bo przecież to jest najważniejsze), dobra praca, fajny mąż/żona i fajna rodzina? Czy to Bóg, do którego musisz chodzić co niedziela aby odbębnić mszę świętą, a potem odmówić kilka zdrowasiek, tak na wszelki wypadek, bo nie wiadomo co cię czeka w przyszłości? Czy może masz z Bogiem taki układ, że stale dążysz do tego, aby powiększać swój stan konta u niego, bo potem On odwdzięczy się Tobie?

A może wierzysz w Boga, nawet bardzo żarliwie, ale przecież ten kościół, ci księża, przecież oni wszyscy są tacy be, że nie będziesz więcej chodził do kościoła. No ale przecież już nawet nie o tę instytucję kościoła tu chodzi, ale o ten cały cyrk, ten dziwny język wszystkich modlitw i przewidywalny rytuał każdej mszy. Po co mi to wszystko? No tak, a po co ci zmienianie skarpetek każdego dnia na nowe? Przecież to jest takie powtarzalne, że aż bez sensu. To nieważne, że po kilka dniach czułbyś odór smrodu z takiej bielizny, przecież smrodu nieodkurzonej duszy nie czuć, prawda? I trwasz w takim stanie latami, bez spowiedzi, bez innych sakramentów, bez Eucharystii, ale dalej twierdząc, że katolikiem (lub człowiekiem innej wiary) to ty jesteś.

 

No dobrze, mam nadzieję, że Cię trochę nakłoniłam do podjęcia rozważań na ten temat. To naprawdę bardzo interesujący temat. Może nagle odnajdziesz jakieś brakujące elementy swojej układanki życiowej, może wreszcie zaznasz upragnionego spokoju duszy, o jakim marzysz od wielu miesięcy czy lat. Może wreszcie znajdziesz odpowiedź na pytanie, co tak naprawdę jest ważne w Twoim życiu i czemu chcesz poświęcić większość swojej energii życiowej.

 

 

Ale teraz bardzo chcę Ci opowiedzieć w kilku słowach, kim dla mnie jest Bóg.

 

Oczywiście od razu sprostuję, że nie jestem ideałem, jestem tylko człowiekiem. Raz mam pod górkę z Bogiem, raz trochę z górki, ale nie zmienia to faktu, że co jakiś czas odbywam intymną rozmowę z Bogiem i zastanawiam się w jakim miejscu w relacji z Nim jestem i w jakiej chciałabym się znaleźć.

Dzięki temu mogę czerpać nie tylko z tego co ludzkie, a co tym samym kruche, przemijające, ulotne, ułomne, ale również z tego co boskie, czyli nieprzemijające, prawdziwe i dające prawdziwe ukojenie w trudnych chwilach.

 

Bóg jest dla mnie Miłością, taką przez duże ‘M’.

Bez względu na to, jakie imię mu nadamy, które może być zależne od miejsca, w którym się urodziliśmy, prawdziwym jego imieniem będzie właśnie Miłość. A miłość to nic innego, niż uczucie pełnego szczęścia, radości, spełnienia, harmonii z samym sobą i ze światem. To taki wyjątkowy stan, kiedy wiem, że nie jestem sam, ale jest zawsze przy mnie ktoś, kto mnie bardzo kocha, zawsze kochał i bez względu na wszystko będzie kochać zawsze.

Bez względu na to, co się wydarzy wiem, że mam oparcie w Kimś, kto da mi prawdziwe ukojenie, spokój ducha i prawdziwą radość, taką, która nigdy nie przemija. W przeciwieństwie do używek i innych uzależnień, które dają szczęście tylko na chwilę, a po tej chwili jest jeszcze gorzej niż na początku i człowiek budzi się z bólem głowy, wyrzutami sumienia i zaczyna na nowo odczuwać niechęć lub wręcz nienawiść (czasami bardzo nieuświadomioną) do samego siebie.

Mój Bóg to prawdziwie kochający Ojciec, który znał mnie już zanim zostałam poczęta i który czeka na mnie po tej drugiej stronie, gdy umrze moje ciało(przecież jedyną pewną rzeczą w życiu jest śmierć). Mój Bóg dał mi życie, abym podczas niego nauczyła się prawdziwie kochać. Kochać tak, jak On kocha mnie, bez żadnego ale, bez żadnych warunków, bez żadnych ukrytych intencji. Mój Bóg wie, że tylko taka miłość jest dla mnie dobra i tylko taka miłość da mi prawdziwe szczęście.

Mój Bóg to osoba, która nie potrzebuje wcale moich modlitw, bo przenika wszystko i wszystkich, ale która doskonale wie, że to ja potrzebuję tej modlitwy, aby stawać się lepszym człowiekiem.

 

 

Boskie lekcje. (Nie)boska komedia

 

I już zupełnie na koniec chcę się z Wami podzielić piękną definicją piekła, o ile możemy mówić o pięknie w tym kontekście. Czy wiecie czym jest piekło? To nie żaden ogień i smażenie się w nim naszego ciała. Piekło to świadomość, że gdzieś tam istnieje prawdziwa Miłość, której chciałbym doświadczyć, ale równocześnie jest to świadomość, że jej nigdy nie osiągnę. I wiem, że ten stan będzie trwał bez końca, czyli całą wieczność.

Uczmy się zatem kochać – siebie, ludzi i cały świat. Trzeba najpierw zacząć od nauki kochania samego siebie, bo nie można kochać innych czując nienawiść do samego siebie. Uczmy się kochać innych, bo to co dajemy, to samo później otrzymujemy. Rozsiewając dookoła miłość, sami zbieramy jeszcze więcej miłości. Róbmy wszystko z myślą o tym, żeby polepszać swoje życie i życie innych osób. W długiej perspektywie czasu tylko to jest ważne i tylko to ma znaczenie.

Sama po sobie widzę, że boskie lekcje są niezwykle trudne i wiele razy trzeba zwątpić, zbłądzić, aby przeorać każdy kolejny kawałek swojego boskiego poletka. To niekończąca się opowieść, w czasie której im więcej się dowiadujesz i odkrywasz, tym coraz więcej dostrzegasz rzeczy wymagających poprawy. Ale w efekcie tej żmudnej i trudnej pracy dostajemy coś pięknego, czego nie da się porównać z niczym innym. Prawdziwą MIŁOŚĆ.

 

P.S. Życzę zatem dużo MIŁOŚCI na nadchodzące Święta. Takiej przez duże ‘M’!:)