raczek

źródło: https://pixabay.com/

Nowotwór. Potwornie ciężki temat.

Postanowiłam jednak zabrać głos w tym trudnym temacie. Myślę, że mam do tego prawo. Dlaczego? Przeczytajcie poniższy tekst.

 

Now(y)twór

 

Nowotwory stały się plagą naszych czasów. Chorują już nie tylko osoby dorosłe, ale osoby w sile wieku czy już bardzo małe dzieci. Duża część z nich umiera. Zbyt duża.

Ale zanim się to stanie chore osoby przechodzą drogę przez mękę. Najpierw diagnoza. Potem stres i żmudne badania. I w końcu leczenie – chemio- i radio-terapia, operacje usuwające chore narządy, czy branie wielu leków w nadziei, że pan rak się zatrzyma.

Wszystko dobrze, jeśli choroba kończy się zwycięstwem chorego, albo tymczasowym zawieszeniem broni, czyli wstrzymaniem rozwoju nowotworu. Ale diabeł nie śpi i kilka lat później mogą pojawić się przerzuty. Bo rak może dać mikro przerzut, który w uśpieniu czeka, aż nadarzy się kolejny dobry moment, aby zaatakować organizm.

Gorzej, jeśli wszystkie metody leczenia zawodzą i jedyną stroną, która wychodzi cało z tej walki jest pięknie rozwijający się rak. Coraz bardziej się panoszy w organizmie, dając niekontrolowane przerzuty.  Potrafi wtedy zawładnąć całym życiem chorego. Nie tylko jego ciałem, ale i umysłem. I życiem całej rodziny. Bo gdy ktoś choruje na raka, to tak naprawdę w sposób niewidzialny dotyka to każdego członka rodziny, oszczędzając może tylko bardzo małe dzieci, które nie są świadome, że dzieje się coś niedobrego.

 

 

Tato i nowotwór

 

Tato po raz pierwszy zachorował ponad 10 lat temu. Szczęśliwie dość szybko wykryta choroba pozwoliła na szybką interwencję. Tacie wycięli jeden płat płuca i po dojściu do siebie wrócił do normalnego trybu życia. Oczywiście nie stało się to z dnia na dzień. Możecie tylko pomyśleć, co by się stało gdyby nagle wycięto Wam kawałek płuca. A potem jeszcze jeden kawałek, bo po operacji okazało się, że płuco się ‘skręciło’ i sytuacja zagraża życiu. Ale Tato był dzielny. Zwłaszcza w chorobie.

Ale przecież licho nie śpi.

Po prawie dziesięciu latach okazało się, że ten niemile widziany gość powrócił. Tym razem leczenie było bardzo utrudnione. O ile można wyciąć człowiekowi część płuca, to trudno mu wyciąć kawałek kręgosłupa. A pan rak nie zamierzał abdykować.

Jako rodzina przeszliśmy chyba przez wszystkie stadia choroby. Szok, niedowierzanie, zacięta walka, rezygnacja, znowu walka…

Tato wszystko bardzo dzielnie znosił. Paradoksalnie w obliczu ciężkiej choroby stał się bardziej odważny niż kiedykolwiek indziej. Zupełnie nie wierzył, że ‘tego’ się nie będzie dało wyleczyć.

Do dzisiaj pamiętam jego słowa w słuchawce telefonu, gdy do mnie zadzwonił niedługo po diagnozie. Powiedział, że miał dużo stresu w pracy i szkoda, że ‘tak to musiało się skończyć’. Tak, czyli leczeniem i naświetlaniem. Przynajmniej na początku. Ale ja już wtedy przeczuwałam, że nie tylko tak się to może zakończyć. Nie tym razem. Bo czy można mieć dwa razy darowane życie?

 

 

Wiara

 

Ale Tato wierzył mocno, że wszystko i tym razem będzie w porządku. Był gorliwym pacjentem, chociaż szalenie trudnym. Bo dla niego, co zrozumiałe, jego osoba i jego przypadek były najważniejsze. A przecież w kolejce czekało masę innych osób, które również próbował pożreć rak.

Śmiem twierdzić, że gdyby nie wiara Taty i nadzieja na wyzdrowienie, to nigdy nie przeżyłby prawie kolejnych dwóch lat. Tym bardziej, że tuż po diagnozie udałam się na konsultację z doświadczonym w tej materii lekarzem, który patrząc na wyniki badań powiedział, że Tato może mieć przed sobą 6 tygodni życia, może przeżyje jeszcze pół roku, a jak będzie miał dużo szczęścia to rok.

Zbliżała się jesień, a my nie wiedzieliśmy, czy Tato przeżyje z nami jeszcze jedne wakacje. Czy będzie mu dane zażyć kąpieli w ukochanym stawie, który mozolnie budował przez poprzednie dwa lata. Okazało się, że wakacje przeżył i to w bardzo dobrym stanie. A nawet dożył kolejnych. Przez pierwsze półtora roku trudno byłoby powiedzieć o Tacie, że jest chory. Wszyscy sobie przypominali o tym, gdy trzeba było iść zrobić kolejne badania czy kolejny wlew. I kolejny, i kolejny.

Mama stała się cichą bohaterką tamtych wydarzeń. Mogę oddać jej hołd i powiedzieć, że trudno mi znaleźć dzielniejszą osobę. Mi robiło się słabo na sam widok wyników badań. A Mama chodziła z Tatą na każde badanie, na każdą niemal rozmowę z lekarzem, na każdą aplikację kolejnego cudownego leku. Znosiła dzielnie jego gorsze dni. Brała na siebie kolejne dojazdy, trudne rozmowy i ból Taty. Chorowała razem z nim, a mimo to dzielnie robiła to, co trzeba było zrobić.

 

 

Ból i garść lekarstw

 

Nikt z nas chyba nie lubi bólu i kiedy możemy, to unikamy bólu. Dobrze, jeśli ból udaje się czymś uśmierzyć. Gorzej, jeśli boli tak, że żaden lek nie pomaga.

Na początku bolało całkiem niewinnie, potem zaczęło boleć jak cholera, a w ostatnich tygodniach ból bywał nie do zniesienia. Nie wiem co myśli sobie człowiek gdy go tak mocno boli, ale śmiem twierdzić, że człowiek wolałby wtedy zniknąć byleby nic nie czuć.

Tato uwielbiał lekarstwa. Upatrywał w nich rozwiązania wszystkich swoich problemów. Słusznie z resztą twierdził, że skoro coś jest nazywane ‘lekiem’, to ‘leczy’. Czyli jest dobre. Tato uważał, że osiągnięcia dzisiejszej medycyny są cudowną rzeczą i obficie z tych dobrodziejstw korzystał. Jeśli go coś bolało, brał po prostu pastylkę. Jeśli bolał go żołądek, brał coś na poprawę działania kwasów żołądkowych. I nie pomagało mówienie, że rosół, nawet najzdrowszy, ale jedzony o północy, nie wpływa dobrze na żołądek. Jeśli nie mógł zasnąć, brał pastylkę na sen.

Ja, patrząc na to z boku, byłam po prostu przerażona. Nie tylko z resztą ja. Wiedziałam już, że lek wcale nie leczy. Tylko udaje, że wszystko jest w porządku, chociaż wcale tak nie jest. Co gorsza, lek uzależnia, tak jak narkotyk. Musisz brać go coraz więcej dla osiągnięcia tego samego efektu. I co najgorsze, lek jest sztuczną substancją wprowadzaną do naszego ciała. Na jedno pomaga, a coś innego przy okazji niszczy.

Prosiłam Tatę, aby trochę przystopował. Aby zaczął zwracać większą uwagę na to, co je i kiedy je. Na swoje myśli, bo to one są przyczyną bezsenności, a nie jakaś ‘wada’ jego organizmu, którą trzeba naprawić lekami. Ale Tato był uparty, również w tej kwestii. Zawsze wiedział swoje. Gdy chciałam mu dać w prezencie ciekawą książkę o pozytywnym myśleniu, tylko się zdenerwował i poprosił, żebym ją szybko od niego zabrała.

 

 

Pan Bóg i Cuda

 

Tato mocno ufał Panu Bogu. Nawet gdy był już ciężko chory, wsiadał w niedzielę rano na rower i jechał do kościoła. Tato wierzył, że Pan Bóg mu ześle cudowne lekarstwo i Go uzdrowi. Nie widział, jak wiele osób chce w około mu pomóc, proponując różne rozwiązania. To sam Pan Bóg do niego wyciągał rękę. Ale on ślepo ufał tylko lekarzom i lekarstwom. A ci rozkładali ręce, jednocześnie dziwiąc się, dlaczego pacjent ‘z takimi wynikami’ tak dobrze wygląda i że w ogóle żyje! Tak, to był chyba ten cud, o który Tato tak prosił. Tato w pewnym momencie stwierdził nawet, że któraś tam z kolei Pani doktor prowadząca jego leczenie chyba pisze o nim jakąś pracę, bo tak dobrze go traktuje.

Tak, Tato był wyjątkowym Egzemplarzem, pod każdym względem. Równie uparty, co równie mocno kochający. Równie serdeczny, co momentami wybuchowy, gdy coś działo się nie po jego myśli.

Ale najważniejsza pozostała jego wiara w wyzdrowienie. To ona kazała mu stawać na nogi, gdy te nogi zaczęły już odmawiać posłuszeństwa. To ona kazała mu jechać na kolejne badanie i leczenie, gdy wszystko wskazywało, że dobrego leku dla niego już nie ma. To ona kazała mu ćwiczyć nogi, gdy już zupełnie opadł z sił i nie był w stanie na nich ustać.

 

 

Cierpienie

 

Dziękuję Sile, która nas stworzyła za to, że przez tak długi czas Tato miał się naprawdę dobrze. Ale przeczuwaliśmy, że nie będzie to trwać wiecznie. Pamiętam jak w pewnym momencie z każdym kolejnym przyjazdem do Rodziców z Tatą było coraz gorzej.

Najpierw był pełen sił i zupełnie nie pasował do innych chorych. Potem coraz bardziej chudł. Potem coraz trudniej było mu się poruszać, ale dalej był pełen wiary. Potem wszystko się posypało i nie mógł sam wykonać najprostszych czynności, włącznie z przewróceniem się na łóżku.

Czy wiecie, jak bardzo mogą boleć nogi, których nie czujesz? Ja nie wiem, ale widziałam to cierpienie na twarzy kochanego człowieka, któremu już niewiele leków potrafi pomóc. Masowałam te nogi, których nie czujesz, a które tak piekielnie palą. I wreszcie masowałam kręgosłup, który w pewnym miejscu został przerwany, zjedzony, i też bardzo boli. Tak naprawdę to głównie Mama masowała Tacie ciało, ja miałam niewielki w tym udział. Wiem też, jak bardzo boli serce, gdy chciałbyś pomóc i nie możesz i jedyne co możesz zrobić, to być przy chorym.

Potem Tatę dopadło przygnębienie i coraz mniej mówił. Powoli zaczął zapominać jak przebiegają najprostsze czynności. Nigdy nie zapomnę, jak siedziałam obok jego łóżka a on prosił mnie o to, żeby mu pokazać, jak wykręcić numer telefonu. Nie zapomnę, jak Tacie zaczęły mieszać się różne słowa i chociaż chciał nam coś powiedzieć, to nie wiedział jak to zrobić. Potem w ogóle przestał mówić i praktycznie już nic nie jadł. Na kilkanaście dni przed śmiercią stał się agresywny. A gdy umierał, to ogarnął go spokój. Patrzył się na swoją ukochaną Żonę i trzy Córki swoimi dużymi niebieskimi oczami i trzymał nas mocno za ręce, obracając po kolei obrączki ślubne na naszych palcach. Taki gest wykonywał obrączką Mamy wiele razy wcześniej, jeszcze gdy był zdrowy.

 

 

Gdy nie potrzebujesz już nóg

 

Wreszcie Tato odszedł spokojnie na Drugą Stronę (pisałam o tym tutaj). Wiem, że to się stało, bo byliśmy tego świadkami. A potem dostaliśmy wiele znaków od Taty – że jest i ma się dobrze (o nich tutaj i tutaj).

Mimo ogromnego bólu, szoku i poczucia straty czuliśmy, że z Tatą jest już wszystko w porządku.

Nie potrzebuje już nóg, bo ma skrzydła. Nie potrzebuje już tabletki, bo ma miłość kochającego Pana Boga. Nie potrzebuje ciała, bo ma w sobie Ducha.

 

 

Dlaczego o tym piszę?

 

Ten tekst nie ma być wcale żadnym wyciskaczem łez, ani żadną sensacją (również dla tych, którzy Tatę znali).

Ten tekst ma być PRAWDĄ.

Prawdą o życiu i o umieraniu. Prawdą o chorobie, również tej najcięższej. Prawdą o potykaniu się i o odwadze. Prawdą o przemijaniu i nigdy nie gasnącej miłości.

To również prawda o nas samych. O naszej odwadze i naszej samotności w obliczu rzeczy ostatecznych.

To prawda o tym, że mamy wpływ na wiele rzeczy, chociaż czasami posiłkujemy się różnymi substytutami, aby wyzbyć się odpowiedzialności. Odpowiedzialności za własne życie, zdrowie i szczęście.

To Prawda o tym, że w naszym życiu jest nie tylko piękno i wachlarz możliwości, ale choroba i niedomaganie.

To Prawda o tym, że można przeżyć to wszystko i żyć piękniej niż kiedykolwiek. Żyć tutaj, ale i po Tamtej Stronie. To Prawda o Sile w obliczu trudności.

To Prawda o sensie w bezsensie. Prawda o prawdziwym życiowym celu każdego z nas. Prawda o tym, że nigdy nie przeminiemy, chociaż nasze ciało ulegnie destrukcji.

 

 

PS Tym tekstem chciałabym także pomóc wszystkim tym, którzy zostali osaczeni przez pana Raka bądź ktoś z ich rodziny doświadczył czegoś tak trudnego. Raz, dwa, trzy – do gry wchodzisz Ty. Statystyki są bezlitosne i mówią o tym, że kiedyś tak właśnie będziemy liczyć. Równocześnie wciąż mamy możliwość, aby to zmienić! Pamiętajcie, że nie jesteście sami. I że dacie radę. Tak, dacie radę!!!

PS 2 Jeśli czujecie, że ten tekst może komuś pomóc, to ponieście go dalej…